CAMEL ZAGRAŁ W WARSZAWIE

Widziałem dwa koncerty Camel – w 2000 roku w zabrzańskim Domu Muzyki i Tańca oraz 4 lata temu w wypasionej sali konferencyjnej ICE w Krakowie. Dlatego, gdy ogłoszono występ w stołecznym klubie Progresja, powiedziałem sobie – wreszcie to będzie TO. Czyli klubowy Camel, jak na DVD „The Opening Farewell” – taki gdzie będzie tłoczno i gorąco z trzaskającymi przy barze szklankami piwa wśród bawiących się, śpiewających i szalejących pod sceną ludzi. I mimo januszowych lamentów części publiczności, która nie skumała o co chodzi i wyraźnie Progresję pomyliła z Kongresową – tak właśnie było. Chociaż to wydawałoby się niemożliwe – ale 2 czerwca w Warszawie Camel po prostu skopał wszystkim tyłki. Zapraszamy do przeczytania relacji z koncertu.

Ruszyłem do Warszawy w samo południe z… Karpacza. Fajna traska 500 km w 5 godzin, w nocy z powrotem nawet trochę szybciej. Jak się okazało, tego samego dnia w stolicy odbywał się Orange Warsaw Festival na tapecie z Florence and the Machine, które frekwencyjnie przebiło Camel (mimo wyprzedanej Progresji) nawet u mnie w busie tak jakoś 7:2. Do tej pory wymiatam miotłą chwasty z wianków po fankach Florence Welch, które wracały ze mną do Wrocławia. W dobie Florence i jej nastoletnich wielbicielek, dobrze jest być po prostu archaicznym, zarośniętym dziadem borowym zachwycającym się gitarą Latimera, który z kolegami, w koszulkach i dżinsach wychodzi na scenę z kilkoma światłami i gra trzygodzinną sztukę.

Kilkanaście minut po godzinie 20 wystartowali: Andrew Latimer ze swoim nieodłączonym kompanem (w zespole z przerwami od prawie 40 lat) Colinem Bassem. Na perkusji Denis Clement, czyli też stary znajomy, za to na klawiszach i jak się potem okazało również na saksofonie i wokalu – nowiuteńki nabytek Pete Jones, który tutaj zasługiwałby na osobny akapit, ale o tym zaraz.

„The Moonmandess Tour”, jak sama nazwa wskazuje – polega na odegraniu w całości jednego z klasycznych albumów Camel – „Moonmadness” z 1976 roku. „Klasycznego” być może tylko dlatego, bo ostatniego zagranego w prehistorycznym składzie, który urodził takie dzieła sztuki, jak najlepszy hard rockowo-progresywny „Mirage” czy spreparowany z orkiestrą symfoniczną „The Snow Goose”, ścieżką do filmu, który nigdy się nie ukazał. Przyznam, że trochę zaskoczyła mnie ta decyzja. „Moonmadness” to schyłkowy okres wczesnego Camela, w którym zaczęły przeważać plastikowe klawisze i niebezpiecznie jazzujące aranże, które zdominowały kolejne wydawnictwo – „Rain Dances”. Na dobrą sprawę, niemal wszystkie utwory z tej płyty stanowiły żelazne punkty programu każdej trasy Camel od lat 90. w górę, więc na co to komu, ale O.K. – tak samo jak na nagranie „The Snow Goose” ponownie, zostaliśmy skazani na odsłuchanie „Moonmadness” w całości w początkowej części koncertu.

Może nie do końca skazani – o ile następujący po dziwnym into „Song Within A Song” zawsze nieco mnie nudził, to już „Chord Change” miał pierwszy tego wieczoru gitarowy moment, który wgniótł w ziemię. Na „Spirit Of The Water” pojawiła się fletowa partia Andy’ego, który koncert wyjątkowo zagrał na siedząco, co jak objaśnił, zdarzyło mu się jedyny raz w pięćdziesięcioletniej karierze. Ponoć poturbował się w Japonii i gdzieś tam jeszcze na trasie… Mimo widocznej choroby, muzycznie wybrnął perfekcyjnie, a partie wokalne głównie i tak należały do Colina i Pete’a. Pete Jones swój talent ujawnił przy „Another Night” – numer i w 1976 oparty był na świetnym i kompletnie niedocenionym do lat dwutysięcznych riffie, który tutaj nagrał nowego blasku dzięki wtopieniu się w niego partii saksofonu Pete’a właśnie. To samo w drugiej części spotkało utwór tytułowy z „Rajaz” w ascetycznej wersji na klawisze i wspólne, idealnie dopasowane wokale duetu Latimer-Bass (polecam tzw. „late night version” akustyczne „Slow Yourself Down” z “The Paris Collection” albo „Fingertips” czy „Refugee” również z tamtej trasy), gdzie nagle wjechał saksofon, który ostatnio gościł w zespole w zmierzchłych latach 80. za kadencji Mela Collinsa.

„Lunar Sea” na żywo to zawsze była pełna petarda, ale tym razem zabiło „Unevensong” rozpoczynające drugą część koncertu, a w szczególności nowa interpretacja gitarowych motywów. Był „Hymn To Her”, reminiscencje z „Dust And Dreams” bodajże najlepiej sprawdzającego się na żywo materiału Camel. Wolno rozkręcające się „Coming of Age”, w którym dzieje się tyle, że w zasadzie rozbudowanymi fragmentami tego utworu można by było wypełnić kilka płyt. W zestawie musiał się znaleźć „Ice”, jako absolutny popis kunsztu Andy’ego. Przy okazji ostatniej trasy do łask wrócił „Long Goodbyes” ze „Stationery Traveller” – akurat, gdyby ten album wykonywali w całości, to nie miałbym nic przeciwko. To samo „Mirage”, z którego tym razem wybrzmiała tylko fantastyczna „Lady Fantasy”. Być może jeden z najważniejszych utworów lat 70. na fundamencie którego wyrósł progresywny heavy metal?

To nie był elegancki koncercik oglądany z wygodnego fotelika w klimatyzowanej hali. Tego dnia Camel w wypełnionej po brzegi Progresji zniszczył. Dał wycisk w klubie, w którym pot z publiczności lał się z intensywnością piwa na barze. Ci co naprawdę rozumieją korzenie, z których wyrasta ta muzyka musieli wyjść z tego koncertu zadowoleni. Reszta pomyliła imprezy.

Relację dedykuję Marcinowi z Wrocławia, który w 2016 roku chciał się spokojnie napić wódki i zjeść roladę na Śląsku, a przypadkiem wylądował w jednej knajpie z ludźmi przybyłymi na dwa różne koncerty Destroyer 666 i King Crimson, które tego samego dnia przypadkowo odbywały się w Zabrzu. Marcin stwierdził wtedy: Camel < King Crimson i w ten sposób został największym fanatykiem Camel w polskich (śląskich?) dziejach. Tak już jest, gdy życie bywa przewrotne, jak podróż karawaną po pustyni przy dźwiękach gitary Latimera….

Paweł Kuncewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *