MANILLA ROAD ZAGRAŁA W PRADZE! RELACJA Z KONCERTU.

W przypadku działu muzycznego Cityfuna akurat swoje prywatne zdanie staram się trzymać za zębami, ale tym razem dam mu upust. Inaczej nie można, gdy szlag człowieka trafia. Kiedy Manilla Road, jeden z najważniejszych zespołów XX wieku, legenda heavy metalu – grupa, która wydała przynajmniej cztery historyczne albumy ważące fundamentalne losy doom, death, thrashu – przyjeżdża na koncerty i… gra w piwnicznych klubach dla kilkuset osób. Gdzie są teraz wszyscy krzykacze z jedynych, słusznych rozgłośni radiowych? Czytelnicy pisemek, blogerzy, kuce i inne buce wydające setki złociszy na bilety na koncerty dawno przebrzmiałych gwiazd? Bez żalu z ich nieobecności – Manilla Road gra tylko dla zagorzałych fanów i może to najlepiej.

Rok temu w Warszawie obejrzeliśmy trzygodzinne misterium metalu w wykonaniu grupy Marka Sheltona. Szkoda tylko, że niby wyprzedana Stodoła w finale okazała się wyprzedaną małą sceną klubu. Wraz z początkiem 2018 r. ogłoszono – Manilla Road powraca do Europy! Gdy na mapie trasy zobaczyłem Pragę, podskoczyłem z radości i od razu zaklepałem bilety, które doszły… sms’em. Potem, co prawda okazało się, że Black Silesia Productions i tym razem stanęła na wysokości zadania zapraszając Manillę na dwa koncerty do Polski, ale my jednak przekonani piwem i smażonym serem ruszyliśmy do Czech.

A podroż okazała się podstępna i złowroga – dla niektórych bite 8 godzin jazdy busem z Wrocławia z korkami, wypadkami na autostradzie, awariami i innymi wątpliwej jakości atrakcjami. Na praski Strachov dojechaliśmy jakimś cudem o 20:15 przegapiając support, o 20:30 set zaczynała MR…

Szybkie piwko i wejście do klubu (a właściwie pubu) 007 nastąpiło w momencie, gdy Mark Shelton, Bryan Patrick, Neudi Neuderth i Phil Ross rozgrzewali sprzęt. O samym 007 słyszałem różne rzeczy. To prawda, że miejsce jest dosyć amatorskie (stojąc w drugim rzędzie można co najwyżej zobaczyć plecy stojących w pierwszym, a już w trzecim udusić się z powodu braku wentylacji), ale ja właśnie o takim koncercie marzyłem – bez barierek, ze sceną do wysokości łydek, z bezpośrednim kontaktem z zespołem, z którym podaliśmy sobie ręce na rozpoczęcie od… „Road of Kings”. Z doskonałym, soczystym brzmieniem płynącym wprost ze wzmacniaczy.

To było tylko półtorej godziny z jednym bisem, ale za to do bólu intensywnie. Przy „Divine Victim” 50 gardeł zawyło „Another victim of christianity” – tak, publika tego dnia liczyła ok. 50 osób – w tym ani jednej przypadkowej. Na repertuar w znaczniej mierze złożył się materiał z „Crystal Logic”, „Open the Gates”, „The Deluge” i „Mystification”, czyli z najważniejszego, klasycznego okresu działalności. Po jedynej balladzie tego dnia, utworze tytułowym z „Mystification” nadeszła pora na opowieść o „Czerwonej śmierci zadanej młotem na czarownice”, złożonej z serii: „Masque of the Red Death”, „Death by the Hammer”, „Hammer of the Witches” i „Witches Brew”. Zestaw w wykonaniu takim, że można było stracić zmysły i życie pod sceną. Ciągle sobie zadaję pytanie – co u licha z taką paletą możliwości i talentów stanęło na przeszkodzie osiągnięcia chociaż minimalnego sukcesu przez ten zespół? Był zbyt amerykański w Europie i zbyt europejski w Stanach? Sprawę położył management? Wokal Sheltona, który był może za bardzo zapatrzony we wczesny Rush, a teraz idealnie podrasowuje go Bryan Patrick?

W każdym razie Mark The Shark stanął schowany za gitarą, na której wygrywał te wszystkie fikuśne riffy i przeszywające, finezyjne sola. Skupiony, nieco zamyślony. Z post-hippisowską posturą, niekomercyjną. Poza sceną przemiły, bezpośredni człowiek. Wyszedł, podpisał, dał kostkę, dał sobie zdjęcie zrobić. Poza tym zaprezentował swoje popisowe solo z wplecioną „Odą do Radości”, po której nastąpił „najlepszy utwór świata” – czyli „Flaming Metal Systems”, co rozpoczęło część setu z „Ciemną stroną księżyca Manilli Road” – albumem „Crystal Logic”. O tyle kontrowersyjnym, co wspaniałym dziełem, do którego zawsze wraca się z niesamowitymi emocjami. Numer tytułowy dosłownie urwał kolana, bo zaczął się na nim taki młyn, że część publiki wpadła na odsłuchy. Niemal singlowy „Necropolis” zamknął rozdział, a wykończył go otwierający wrota do doom metalu w 1983 roku – „Dreams of Eschaton”.

Manilla Road w 007 w Pradze zagrała mały, ale Wielki koncert. Pewnie dlatego, bo i takim też jest zespołem: wirtuozerskim, ale skromnym. Legendarnym, ale na trasie przemieszczającym się osobówką z wypożyczalni. Grającym dla 50 osób, ale przemeblowując ich życie. Idę sobie puścić najlepszy utwór świata.

EDIT: I POMYŚLEĆ, ŻE MIESIĄC PÓŹNIEJ BYŁO JUŻ PO ZESPOLE…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *