27-07-2018

https://www.facebook.com/photo.php?fbid=1763419253774254&set=a.150677731715089.30560.100003185904552&type=3&theater

Pożegnanie Marka Sheltona.

Rok temu na Wacken oglądałem specjalny koncert Accept. W godzinach szczytu na dużej scenie Wolf Hoffmann molestował te wszystkie klasyczne akcenty na gitarze wraz z akompaniamentem orkiestry symfonicznej przez jakieś dwie godziny. Pomyślałem sobie, jakie to jest bez sensu. Przecież na tej samej dużej scenie na największym festiwalu metalowym w Niemczech mogłaby teraz zagrać Manilla Road. I wtedy wreszcie ci obżarci grillem i ochlani piwskiem Niemcy z kamperów mogliby zobaczyć, a przede wszystkim docenić jeden z największych bandów wszech czasów. Chyba trochę antycypowałem, bo kilka miesięcy później zapowiedziano Manillę na Wacken 2018. Tylko na małej scenie w ostatni dzień i po 2 w nocy, co stanowiło ostatnio mój największy życiowy problem, bo o tej godzinie planowałem już podążać w kierunku polskiej granicy. Dziś o 7 rano skończyła się pewna epoka. Bryan Patrick obwieścił światu nagłą śmierć Marka Sheltona, którego jeszcze w maju podziwiałem w Pradze, a znajomi na festiwalu Chaos Descends przed tygodniem. To koniec Manilla Road, zespołu który pokochałem nie tak dawno temu, ale miłością przeszczerą.

Oczywiście, całe życie czytając prasę muzyczną i studiując płyty, literaturę miałem świadomość istnienia Manilli. Ta nazwa przewijała się w masie wywiadów, jako inspiracja dla niezliczonej ilości muzyków metalowych. Jednak osobiście nigdy nie wgłębiałem się w tą twórczość: może dlatego, że trafiłem kiedyś na płyty z drugiej połowy lat 90., które nie dorównywały najwspanialszemu okresowi twórczości Sheltona, jakim były lata całe 80.

Był taki moment, że zrobił się na nich niesamowity hype, kolega w aucie puścił „Witches Brew”, zapowiedziano pierwszy w Polsce koncert w Warszawie. Kupiłem bilety, coś chwyciło. W wyprzedanej Stodole, która okazała się w finale wyprzedaną małą sceną na piętrze klubu, obejrzałem najprawdziwsze misterium heavy metalu. Wykupiłem wszystkie płyty Manilla Road, a Mark Shelton stał się kolejnym Metal God wśród moich idoli.

Przez ostatnich kilkanaście miesięcy katowałem do bólu „Crystal Logic”, który nazwałem „Ciemną stroną księżyca” Manilla Road. Zbiór pięknych, przebojowych piosenek w stylu hard rock/old heavy metal z kompletnie popsutą produkcją. Od ostatniej z nich, czyli „Dreams of Eschaton” w końcu zaczął się doom metal. Na trzech kolejnych albumach: „Open the Gates”, „The Deluge” i „Mystification” Mark Shelton z kolegami zmyślnie operując thrashowymi riffami i heavy metalową melodyką położył podwaliny pod całe spektrum patentów, które już zawsze będą wykorzystywane we wszystkich odmianach metalu. Te cztery płyty to zbiory wspaniałych i wybitnych utworów, które nigdy nie odniosły zasłużonego sukcesu. Sheltonowi na tym może po prostu nie zależało. Zawsze szedł własna drogą, naprzeciw komercji i obowiązującym trendom. I chwała mu za to.

Wyżej wymienione płyty, to tylko wycinek klasycznego okresu grupy. Był jeszcze ten pierwszy, równie genialny – psychodeliczny, progresywny, inspirowany Rush, Hawkwind, Led Zeppelin. Wobec płyt „Invasion”, „Metal”, broadcastu „After Midnight Live” i wydanej po latach „Mark of the Beast” nie można przejść obojętnie.

Na „Out of the Abyss” ostatecznie zwyciężyły thrashowe ciągoty by po 2 latach na „The Courts of Chaos” szala przechyliła się w stronę syntezatorów. „The Circus Maximus” wydany jako Manilla Road, będący jednak w rzeczywistości solowym dziełem Sheltona jest albumem z szeroko pojętą muzyką alternatywną. I na tej płaszczyźnie Mark poradził sobie udowadniając, że jest artystą wszechstronnym.

W XXI wieku po latach nieobecności zespół powrócił. Z różnym skutkiem. Obok udanych płyt „Spiral Castle” albo „Voyager” pojawiło się kilka przeciętnych, ale to nic. Manilla Road w składzie z Bryanem Patrickiem, Andreasem Neudim i Philem Rossem stała się prawdziwą potęgą koncertową. I kiedy wreszcie wszystko zaczęło wskazywać na to, że Manilla Road po latach ciężkiej pracy wreszcie odniesie ten jakże "zasłużony sukces" przynajmniej jako legenda na stale zapisana w kanonie rocka, wydarzyła się rzecz tragiczna. Mark Shelton zamiast zbliżyć się do sceny w Wacken, zasiąść na starość w Hall of Fame, przeniósł się 27 lipca do Walhalli. Żegnaj Wojowniku.
Paweł Kuncewicz

https://www.facebook.com/photo.php?fbid=1763419253774254&set=a.150677731715089.30560.100003185904552&type=3&theater
fot. Henryk Michaluk