17-09-2015

Ben Frost - Aurora

Ben Frost - "Aurora" - Aurorasmus

RECENZJA

Wyprawa do Demokratycznej Republiki Konga, jaką duet Ben Frost - Richard Mosse odbył przed dwoma laty, pierwszego z nich zainspirowała do rozpoczęcia kolejnego etapu w muzycznej karierze. Zrywając z eksponowanym na poprzednich krążkach minimalizmem, na "Aurora" Frost zdecydował się postawić na większe bogactwo aranżacyjne, chwilami nie stroniąc od wręcz barokowego przepychu. Śmiało łącząc elementy charakterystyczne dla różnych muzycznych światów, Kanadyjczyk usnuł album eklektyczny i konceptualny, który – podobnie jak fotografie Mosse'a – zatrzeć miał bariery między brzydotą a pięknem, hałasem a ciszą, czy wreszcie, harmonią a chaosem.

Frost punktem wyjścia najnowszego krążka uczynił ściany dźwięku, balansującego na cienkiej granicy między białym szumem a nieuchwytną, schowaną wśród syntezatorowego zgiełku i punkowego brudu, odegraną na klubową modłę melodią. „Aurora” to pomost między rozbujanym, roztańczonym mainstreamem, a pierwotnym obliczem industrialu, scalonymi przez plemienne bębny, dzięki którym całość w zamyśle nabrać miała transowego, rytualnego charakteru. Niestety, praktyka brutalnie zweryfikowała ambicje Frosta – rzemieślnika – przewodnika.
.
Cała ta wyprawa w nieznane w istocie przypomina bowiem wycieczkę turystyczną dla starbucksowych zapaleńców. To duchowa podróż rodem z "Pociągu do Darjeeling" Wesa Andersona. Niby w głąb, a jednak utartym szlakiem, przez samo serce galerii handlowej.

"Aurora” ma z muzyką rytualną wspólnego tyle, co miłośnicy sushi z japońską kulturą. Frost niby próbuje przełamywać bariery, ale boi się utraty gruntu pod nogami, przez co ani na moment nie zbacza ze szlaku, który wytoczył przed nim ktoś inny. "Aurora" to po prostu do bólu poprawne, uporządkowane i asekuranckie dzieło muzycznego control-freaka. To wreszcie dzieło wprawionego rzemieślnika, w którego formułę nie wpisana została żadna wartość dodana.

Co prawda Frost do samego końca mami słuchacza, w czym pomóc ma bardzo zmasowane i zwarte brzmienie. Produkcyjne zabiegi mające na celu uczynić "Aurorę" płytą gęstą i duszną, w istocie okazują się jednak tylko formą artystycznej podpuchy.

Wszak nie sposób nie odnieść wrażenia, że właśnie brzmienie jest tym, co tej płycie ciąży. Ben Frost nie zaskakuje, nie zaskakuje także "Aurora", która stwarza pozory nieprzystępnej, wielowymiarowej, a w istocie jest bardzo czytelna i zero-jedynkowa. Nie kryje się na niej nic ponad to, co usłyszymy przy pierwszym odsłuchu, a zwarte brzmienie tylko potęguje wrażenie obcowania z muzyką, która wodzi słuchacza za nos, skłaniając go do poszukiwania w nawale dźwięków drugiego dna, jakiego w rzeczywistości nie posiada. "Aurora" jest po prostu płaska. Nie zmienią tego ani wplecione tu i ówdzie mainstreamowe naleciałości, ani gra kontrastów, ani punkowy brud, ani rockowy ogień. To salonowy industrial z etykietą „user-friendly”. Ot, dla każdego coś miłego.


Przemysław Kantorski