02-10-2015

Near Death Revelations

BOP - ''Near Death Revelations'' - Objawione déjà vu

Dramatyczne wydarzenia sprzed niespełna dwóch lat nie mogły nie odbić się na twórczości Blaze of Perdition. I chociaż muzycy z Lublina przekonują, że "Near Death Revelations" napisali jeszcze zanim doszło do wypadku w Austrii, w treść ich trzeciego krążka wpisana jest chęć zbicia na tragedii artystycznego kapitału.

Nie żeby było w tym coś złego i niegodziwego. Wszak że praktyka to częsta, pokazali ostatnio opłakujący samobójstwo LSK black metalowi kuzyni Alice in Chains z niemieckiego Secrets of the Moon, czy – nie sięgając tak daleko – Adam "Nergal" Darski z pomorskiego Behemoth.

Co istotne, na "Near Death Revelations" Lublinianie nie popadli ani w artystyczne pretensje – przynajmniej nie na tyle, by przebić kolegów z black metalowego peletonu – ani rosenbaumowską megalomanię. Stawiając na recykling i typowy dla reprezentantów dogorywającej trzeciej fali patos, nie uniknęli oni jednak zderzenia z gatunkową ścianą.

Nawet rozrzedzając blastową galopadę rockowymi, barwionymi gotykiem naleciałościami, Blaze of Perdition nie potrafi bowiem choć na chwilę wyjść przed szereg w poszukiwaniu twórczej autonomii. Niż do perfidnie jadącego na sentymentach Watain, lubelskiemu kwartetowi bliżej jednak do nieco mniej nadmuchanego Behemoth, na "The Satanist" grającego w końcu na tę samą, post-paracletusową nutę.

I chociaż z trojga złego wielu optowałoby za porównaniem materiału z "Near Death Revelations" do samego Deathspell Omega, Blaze of Perdition nie tyle zrzyna z największych, co po prostu powiela powielających, powtarzając nawet te same błędy i wyrobnicze wykroczenia. Ze swoimi wizjonerskimi zakusami muzycy z Lublina rozprawiają się zresztą sami, przyozdabiając całkiem przyzwoite kompozycje przestrzelonymi czystymi wokalami, plastikowym winylowym trzaskiem, przymulonym spoken word i przeraźliwie sztampowym zawodzeniem gitary prowadzącej.

"Near Death Revelations" najlepiej brzmi we fragmentach, w których trzecią falę na drugi plan spycha granie na modłę Emperor i innych norweskich klasyków pierwszej połowy lat 90-tych. Gorzej, że w każdej z długaśnych kompozycji Blaze of Perdition znalazło choćby odrobinę miejsca na zademonstrowanie duchowości z odzysku. A tego po raz enty zdzierżyć już nie sposób.


Przemysław Kantorski