12-10-2015

Sol Invictus

Faith No More - "Sol Invictus" - The best of

Wieść o tym, że po niemal dwóch dekadach posuchy Faith No More wraca do studia, muzyczny świat przyjął z umiarkowanym entuzjazmem. Snując wizje ponure i kreśląc czarne scenariusze, sceptycy nie wierzyli bowiem ani w szczerość intencji, ani autentyczność kolektywistycznych ciągot skonfliktowanych do niedawna muzycznych egocentryków.

Tymczasem ci, jakby na przekór gawiedzi podchodzącej do tematu z rezerwą, udowodnili, że po upływie kilku wiosen potrafią i rozmawiać, i trzymać megalomańskie zakusy pod kloszem.

Dość powiedzieć, że "Sol Invictus" brzmi jak album nagrany nie przedwczoraj, a jeszcze w latach 90-tych. To naturalne rozwinięcie poprzedniczki, z tą różnicą, że Patton i Gould tym razem stronią od śmiałego zapuszczania się w metalowe rejony. O ile bowiem ciężki i gitarowy "Album of the Year" szczególny nacisk kładł na riffy, o tyle na "Sol Invictus", pisanym bez udziału Jona Hudsona, mają one znaczenie drugoplanowe.

Zyskuje na tym Patton, ochoczo demonstrujący cały wachlarz możliwości szlifowanych w projektach pobocznych. Zyskuje sekcja, w "Separation Anxiety" rozkręcająca transowy drive typowy dla Killing Joke i załóg post-punkowych, a traci... Całokształt, zbyt często łatany motywami z bogatego arsenału zagrywek sztandarowych.

W istocie "Sol Invictus" jest bowiem płytą autocytatów i artystycznych flashbacków. I chociaż te wymieszane w jednym kotle potrafią zaskoczyć, co słychać chociażby w brzmiącym niczym funkowa krzyżówka "She Loves Me Not" z "Midlife Crisis" singlowym "Sunny Side Up", Faith No More zbyt często ucina eksperymenty bezpiecznym graniem best-offowym.

"Sol Invictus" rozczaruje zatem tych, którzy od Pattona i spółki oczekiwali nieskrępowanej fantazji, lotów i twórczej brawury. To jednak pozycja obowiązkowa dla niewybrednych dinozaurów i tych za Faith No More wyraźnie stęsknionych.


Przemysław Kantorski