07-10-2015

FKA Twigs

FKA Twigs – "M3ll155x" - Londyńskie zoo

FKA Twigs w Wielkiej Brytanii błyskawicznie stała się nową alternatywną sensacją. Poważny rozgłos, nagłówki i pierwsze strony zapewniła jej jednak nie muzyka, teledyski czy otwartość, z jaką wokalistka mówi o kompleksach związanych z pochodzeniem i cielesnością, na punkcie których na Wyspach mają przecież bzika, a dopiero związek z Robertem Pattinsonem.

Niemniej dla słuchaczy zaangażowanych, których Pitchfork określa mianem tumblrowych estetów, FKA Twigs jest kimś więcej, niż tylko egzotyczną gwiazdką indie r&b i dziewczyną Edwarda ze "Zmierzchu". Trzeba jednak naprawdę szczerych chęci, by w twórczości 27 – latki doszukać się znamion nowej jakości.

Mimo ambicjonalnych i eksperymentatorskich zakusów FKA Twigs na "M3ll155x nie zaskakuje bowiem niczym szczególnym, serwując materiał pusty i doskonale wpisujący się w muzyczny (i nie tylko) krajobraz nabitego samozwańczymi pionierami Londynu. Pretensje przytłaczają tu formę, a forma przytłacza treść, która - pozornie niosąc misję nie tylko estetyczną, ale i polityczną - po prostu płynie z prądem wkradających się do mainstreamu trendów i wielkomiejskiej mitologii.

Tym samym "M3ll155x" to w istocie nic ponad kolejny rozhipsteryzowany zryw ciemiężonego indywiduum wymierzony w opresyjne zakusy społeczeństwa totalnego, zilustrowany w pierwszej kolejności przez post-martinowski UK Bass skonfrontowany z Björk i zmielony w zgrzytającej maszynce do robienia glitchu, a w drugiej, przez obrazoburcze teksty z pogranicza nonkonformistycznego konformizmu i trzecio-falowego feminizmu. I chociaż na siłę można doszukać się w tym wpisanym w nastroje spadkobierców rewolty lat 60-tych dźwiękowym bałaganie artystycznych walorów, FKA Twigs do samego post-estetycznego nurtu wnosi niewiele. Co więcej, potwornie go infantylizuje.

"M3ll155x" brzmiałoby znacznie lepiej, gdyby Brytyjka, marginalizując eksperymentatorskie zapędy i stroniąc od (anty)społecznego komentarza, nieco bardziej przychylnym okiem spoglądała w kierunku trip-hopu i wyciszonego popu. Słychać to w przyzwoitym, eksponującym przede wszystkim ponadprzeciętne wokalne zdolności solistki "In Time", który z pozostałymi numerami wygrywa tym, że – jak na ironię – hołduje mniej wyszukanej, piosenkowej strukturze. Resztę lepiej zamieść pod dywan i odpalić "Poison Dart" z repertuaru The Bug.


Przemysław Kantorski