12-10-2015

Katatonia

Katatonia - "Sanctitude" - Zły gotyk

Powiadają, że mało jest w muzyce zjawisk gorszych od artystycznych wygłupów uprawianych przez cierpiących na kompleks niszy metalowców. Bo choć historia zna przypadki metalowych zespołów, które rozwinęły skrzydła dopiero po opuszczeniu własnego poletka, jak choćby romansujący z industrialem Ulver czy rażony gotykiem Paradise Lost, zwykle zabawa kończy się nagraniem "Cold Lake" czy innego "Lulu".

Nie inaczej było w przypadku Katatonii, która z jednego z najbardziej wpływowych szwedzkich zespołów pierwszej połowy lat 90-tych zmieniła się najpierw w fajny bo fajny, ale tylko coverband Tool, a następnie wymajstrowała wstydliwą wariację na temat schyłkowego "Dead And Kings" zatytułowaną wymownie "Dethroned & Uncrowned". Jakby tego mało, maskujące twórczą niemoc, podpatrzone u Opeth akustyczne smęcenie spasowało Szwedom o tyle, że postanowili nagrać jeszcze album koncertowy, poddający ogniskowej obróbce niemal cały ich dorobek.

Pół biedy, gdy na "Sanctitude" do głosu dochodzą numery tj. "Idle Blood", na akustykach nie tylko odgrywane, ale i napisane, czy choćby "Day", w nowej aranżacji brzmiące nawet nieco lepiej niż w prehistorycznym oryginale. Gorzej, gdy Renkse i spółka na warsztat biorą kawałki ciężkie, jak bazujący przecież na sekcji "In the White", sprowadzony tutaj do poziomu około-gotyckiej pościelówy, czy nawet wystarczająco miałki i przed kastracją "Leathen".

"Sanctitude" to po prostu jedna wielka anemia, zarówno twórcza, jak i odtwórcza. To wreszcie album dobitnie pokazujący, że z wypalonych Szwedów żadni artyści, ba, żadni sprawni muzycy rockowi. I szkoda tylko, że Katatonia na muzyczną starość musiała rozwiać wszelkie wątpliwości.


Przemysław Kantorski