02-11-2015

Honeymoon

Lana Del Rey - "Honeymoon" - Nowe szaty popkultury

Po pięciu latach działalności Lana Del Rey ma na swoim koncie cztery albumy, trzy EPki, dwadzieścia dwa single i jeden nagłówek w Gazecie Wyborczej. Na celowniku tej ostatniej amerykańska wokalistka znalazła się po premierze wydanego w ubiegłym roku "Ultraviolence", według gazety mającego być antyfeministycznym manifestem niosącym pochwałę przemocy domowej.

Faktem jest, że Lana, zanurzając muzykę w przyprawiającej feministki o dreszcze retro-stylistyce popkulturowego patriarchatu, stanęła w kontrze do panujących w mainstreamie standardów. Zamiast bowiem zachęcać nastolatki do podjęcia działań mających na celu obalenie heteronormatywnego reżimu, Lana poddała mu się bez walki, przy okazji nazywając feminizm konceptem nieinteresującym.

Trzydziestolatce zarzucać można wiele, począwszy od zadomowionego w jej twórczości przerostu formy nad treścią, aż po artystyczną niesamodzielność. Nie sposób odmówić jej natomiast żelaznej konsekwencji i wyczucia konwencji, o umiejętności doboru pracujących na jej sukces producentów nie wspominając. Dzisiaj bowiem Lana nie walczy już o uzyskanie na gruncie popkultury artystycznej autonomii, lecz, poddając ograne wzorce odtwórczemu liftingowi, sama dyktuje warunki muzycznemu mainstreamowi.

Nie może zatem dziwić, że na "Honeymoon" wokalistka ochoczo cytuje samą siebie, nie narażając się przy tym na utratę świeżości. Wszak mimo że czwarta płyta Lany zawiera wszystkie części składowe poprzedniczek, od hollywodzkiego rozmachu poczynając, na dopieszczonym do granic możliwości trip-hopowym tle kończąc, zarzucenie jej wtórności byłoby sporym nadużyciem.

"Honeymoon" to płyta niuansów, detali i niezwykle bogatego, leniwie snującego się za głosem Lany drugiego planu. W głośnikach zgrzyta jedynie wtedy, gdy rozmarzona, płynnie przechodząca od eksponowanej na "Ultraviolence" stylistyki noir do westernu pastiszowo art popowa aura, przytłoczona zostaje niezgrabnymi popisówkami pokroju infantylnego, hip-hopowego "High By The Beach", z gryzącym się z leniwą całością, wyraźnie zarysowanym, ociężałym rytmem.

Dużo ciekawiej brzmi choćby następny w kolejce "Freak", w którym dubowy puls budzący skojarzenia z "Angels & Devils" Kevina Martina, ani przez moment nie zagraża spójności całości. Dużo ciekawiej brzmią numery takie jak stylistycznie najbliższy poprzedniej płycie "God Knows I Tried", sztandarowy "Art Deco", "Religion", w którym głuchy beat ładnie uzupełnia surf rockowy akompaniament, czy wreszcie barokowy patisz spod znaku "Salvatore" z wpisanymi weń, wywołującymi uśmiech cytatami z twórczości George'a Michaela.

Mimo zgrzytów i dłużyzn wszelakich "Honeymoon" się oczywiście broni. I chociaż przemyślany koncept chwilami przegrywa ze szpanerskimi zakusami wokalistki cierpiącej na niezdrową obsesję eksponowania własnego stylu, "Honeymoon" to zdecydowanie najdojrzalszy, najbogatszy i najbardziej konsekwentny album w jej dorobku. Nie wybitny, nie przełomowy, ale bez wątpienia wart zapamiętania i wyróżnienia w swojej kategorii.

Przemysław Kantorski

Powiązane: