01-10-2015

I Never Learn

Lykke Li - ''I Never Learn'' - Let Sweden Shake

Co do tego, że Lykke Li jedną z najbardziej ambitnych popowych wokalistek jest, nie ma dzisiaj żadnych wątpliwości. Doceniona w rodzimej Szwecji, w której drugie w jej dorobku "Wouned Rhymes" pokryło się złotem, dostrzeżona i w Stanach Zjednoczonych (i to przez nie byle kogo, bo samego Davida Lyncha) piosenkarka na "I Never Learn" nie tylko potwierdza wysokie muzyczne aspiracje, ale i ugruntowuje swoją pozycję w panteonie solistek najbardziej nietuzinkowych i nieustannie poszukujących.

Wszak chociaż kariera Lykke Li wystartowała z komercyjnego wysokiego C dzięki podczepieniu "I'm Good I'm Gone" i "Possibility" odpowiednio pod ścieżki dźwiękowe FIFA09 i drugiego "Zmierzchu", szwedzka wokalistka od początku stawiała nie na tylko na mainstreamowy sukces, ale i wpisaną w artystyczną ciekawość potrzebę rozszerzania horyzontów.

Nie może zatem dziwić, że na "I Never Learn" Lykke Li notuje przeskok stylistyczny i skok jakościowy. Słychać to już w otwierającym album utworze tytułowym, któremu znacznie bliżej do neofolkowej nostalgii z pod znaku Death in June – i nie jest to porównanie przesadzone - niż do śmiałych, żeby nie powiedzieć bezczelnych hitów w typie promującego "Wounded Rhymes" erotycznego "Get Some". ­

Co więcej, mimo że każdy z zawartych na trzecim albumie wokalistki utworów ma swoją własną tożsamość i muzyczny rodowód, całość brzmi konsekwentnie i spójnie. Tym samym najbardziej hiciarski i radiowy "Gunshot" wywołujący do tablicy – o zgrozo - Godflesh, gospelowy "Heart of Steel" wzbogacony ujmującą, barokową aranżacją i rozmarzony, pastiszowo-worldmusicowy "Just Like a Dream" pokojowo współistnieją na jednej playliście i całkiem nieźle się uzupełniają.

Na "I Never Learn" pewne zastrzeżenia budzić może jedynie przeładowana suwakową głośnością i pogłosami produkcja, sprawdzająca się co prawda przy oszczędnych aranżacjach, ale nie sprzyjająca ani utworom bardziej rozbudowanym, ani barwie samej wokalistki. Nie ma jednak żadnych wątpliwości, że - mimo wszelkich niedociągnięć - Lykke Li nagrała zdecydowanie najlepszy i najdojrzalszy album w swojej karierze. I że warto śledzić jej dalsze poczynania.


Przemysław Kantorski