18-09-2015

Mastodon

Mastodon - "Once More 'Round the Sun" - Galaktyczny (od)lot

RECENZJA

„I flew beyond the sun before it was time” śpiewał debiutujący w roli wokalisty perkusista Brann Dailor w otwierającym „Crack the Skye” singlowym „Oblivion”, który – w połączeniu z przedstawiającym „życie na orbicie” teledyskiem – wyraźnie sygnalizował kierunek, w jakim naznaczony łatką następców Neurosis Mastodon miał zamiar, tym samym odcinając pępowinę, od tego momentu podążać.„Crack the Skye”okazało się bowiem nie tylko muzyczną ilustracją lotu w kosmos, ale także zapowiedzią dalszych międzyplanetarnych wojaży amerykańskiego kwartetu.

I chociaż na wydanym dwa lata później „The Hunter” galaktyczne uniesienie zastąpił niczym nieskrępowany melanż na orbicie, Mastodon wciąż szybował w górę na listach przebojów, a określenie „kosmos” wydawało się adekwatne zwłaszcza w odniesieniu do poziomu zawartych na nowym krążku kompozycji. Niemniej jasno wytyczony kierunek uległ rozproszeniu, a konkretny koncept zastąpiony został niemal best-offowym, zakrapianym szyderą kolażem singlowo-radiowych hitów.

Rzecz jasna znaleźli się wówczas tacy, którzy na tę nieoczekiwaną imprezowo-artystyczną woltę kręcili nosem. Po premierze „Once More 'Round the Sun” jednak co do tego, że luźniejsza formuła Mastodon nie tylko odpowiada, ale przede wszystkim służy, nie powinno być już żadnych wątpliwości. Co więcej, ku uciesze rozczarowanych „The Hunter” fanów, na nowym krążku Amerykanie zbudowali pomost między konceptualnym, galaktycznym progiem i flirtującą z mainstreamem piosenkową strukturą.

„Once More 'Round the Sun” jest bowiem dla Mastodon tym, czym dla Voivod było „Angel Rat”. Dość powiedzieć, że hiciarski „Feast your Eyes” z nieco rozmytym refrenem, brzmi jak odpowiedź Amerykanów na „Panoramę”, a „Asleep in the Deep” od samego początku hołduje formule wypracowanej wcześniej właśnie przez kanadyjskich gigantów. Mimo wszelkich punktów wspólnych i skojarzeń, Mastodon nie można odmówić jednak własnego stylu i tożsamości. Bywa i tak, że jabłko pada od jabłoni nieco dalej. Singlowy i szalenie oryginalny „The Motherload” to prawdopodobnie najlepszy numer Mastodon w ogóle, a „Chimes at Midnight” czy zamykający płytę „Diamond in the Witch House”, zapewne zaskarbią sobie sympatię tych, którzy wątpili, że amerykański kwartet wciąż potrafi grać ciężko.

Na „Once More 'Round the Sun” zabraknąć nie mogło także przepełniającego „The Hunter” humoru. Tak np. klip do „The Motherload” bezlitośnie rozprawia się z dominującym w kulturze masowej i muzycznym mainstreamie ekshibicjonizmem, zaś końcówka „Ember City” brzmi jak „Another Brick in the Wall” Pink Floyd w krzywym zwierciadle.

Trudno powiedzieć, czy dzięki „Once More Round the Sun” jajcarze z Atlanty odzyskają przychylność oskarżających ich o zaprzedanie dusz muzycznemu biznesowi fanów. Jedno jest pewne, wbrew obiegowej opinii zdegustowanych wojowników undergroundu, to nie Mastodon potrzebuje mainstreamu. Dzisiaj to mainstream potrzebuje Mastodon.


Przemysław Kantorski