24-09-2015

Belleville

Necroblaspheme - "Belleville" - Gluten-free Black Metal

Od premiery "Destination : Nulle Part" minęło siedem lat. To słychać, bo chociaż po przerwie wiernemu dysharmonicznej estetyce oporu Necroblaspheme wciąż biega o kultywowanie chaosu, przez tych kilka wiosen Francuzi zrobili wiele, by na nowym krążku nie ograniczać się do uprawiania plastikowego, bezdusznego łomotu.

Zapatrzone w dokonania kolegów po fachu z owrzodzonej awangardą ojczyzny, Necroblaspheme świadectwo swoich aspiracji daje już w otwieraczu, serwując płynne przejście od post-rockowego wstępu do atawistycznej, dysonansowej szarpaniny, jakiej nie powstydziłaby się punkowa Akitsa czy choćby Diamatregon. Właśnie w tych obskurnych, surowych fragmentach Paryżanie wypadają najlepiej, w pełni wykorzystując potencjał brzmienia zbyt suchego dla post-rocków.

Jak na złość, przez pozostałych trzydzieści osiem minut na upartego brną oni jednak w quasi ukraińskie pościelówy, błyskawicznie porzucając wszelkie punkowe zakusy. Co gorsza, Francuzi obranej konwencji po prostu nie czują i co rusz dobijają przeterminowaną, potwornie przeblastowaną eko-black metalową sztampę równie ogranymi, topornymi riffami z pogranicza szczególnie umiłowanego w ich ojczyźnie post-hardcore'u i anemicznego sludge'u.

Wrażenie obcowania z płytą łataną na poczekaniu, pozbawioną nie tylko serca, ale i rzemieślniczej dokładności, potęgują przypadkowe sample, podpatrzone u zdolniejszych konkurentów. "Belleville" to po prostu krążek dobre dziesięć lat spóźniony. Niechlujny, odegrany bez ładu, składu, pomyślunku i polotu, brutalnie weryfikujący twórcze możliwości muzyków, którzy nie są przecież przypadkowymi technicznymi impotentami. To wreszcie black metal drugiej kategorii, doskonale wpisujący się w krajobraz post-trzeciofalowej wielkiej smuty, opasłemu gatunkowi zwiastującej nadejście kolejnych siedmiu lat chudych.


Przemysław Kantorski