16-09-2015

Repentless

Slayer - "Repentless" - Rzuć Pierwszy Kamień

RECENZJA

Kerry King przyznał ostatnio, że nie będzie zdziwiony, jeśli po premierze "Repentless" internet zaleje fala hejtu. Ot, specyfika czasów i samego medium – przekonywał. Gorzej, że wrzucając kamyczek do ogródka niezadowolonych gitarzysta sprytnie zatarł granice między pojęciami. Nagle głos nieprzychylny stał się głosem frustrata, obawy - owocem uprzedzenia, a dezaprobata – skrywanego kompleksu.

Faktem jest, że nigdy przedtem fani Slayer nie byli tak sceptyczni, jednak, wbrew twierdzeniu samego zainteresowanego, nie chodzi tylko o pusty internetowy hejt i marudzenie dla marudzenia. Co więcej, trudno się sceptykom dziwić. Wszak nie dość, że "Repentless" powstawało bez udziału Jeffa Hannemana, to jeszcze Araya przebąkiwał coś o wypaleniu.

Obawy potęgowały próbki i udostępnione przedpremierowo numery. Jakby tego było mało, czas pokazał, że single zdekonspirowały "Repentless" właściwie w całości, studząc resztki optymizmu i nadzieję, że płytę uratuje jakiś koncept.

Nie ma bowiem nic, co pozwalałaby przypuszczać, że za tymi brzmiącymi w najlepszym wypadku jak kwadratowy niemiecki thrash metal, a w najgorszym, jak zlepek bezmyślnie posklejanych riffów, stoi jakaś myśl przewodnia, która dźwignie kulejące rzemiosło. Nie ma nic, co pozwalałoby przypuszczać, że Slayer wciąż "się chce" i że Araya dramatyzował mówiąc, że czasami zamiast jeździć w trasy wolałby siedzieć w domu.

Począwszy od wrzuconego od czapy intro, przez przypominający "My Plague" Slipknot czwarty w kolejce "Vices", klejone z robocizn Hannemana "Piano Wire", aż po przeraźliwie nudny "You Against You" - wszystko wskazuje na to, że ze Slayer uszło powietrze. Najsłabiej wypadają momenty, w których King rozluźnia mięśnie karku i udaje, że od punka wcale nie był ten drugi, a najlepiej, te w których stawia na groove i niczym nieskrępowane młócenie. Od gościa odpowiedzialnego za lwią część materiału na "Divine Intervention", "God Hates Us All" i "Christ Illusion", zdecydowanie można wymagać więcej.

Więcej wymagać można także od Toma Arayi, który nagrał najsłabsze wokale w karierze. Trudno rozstrzygnąć, czy to kwestia wieku, zmęczenia materiału czy nastałej po śmierci Hannemana wielkiej smuty. Faktem jest, że Chilijczyk nigdy nie brzmiał tak anemicznie.

Na krótkiej liście pozytywów znaleźć muszą się natomiast dwa nazwiska – Paul Bostaph i Terry Date. Pierwszy z nich nagrał znakomite partie, a drugi, zadbał o nadanie im odpowiedniej siły rażenia. Bębny brzmią na "Repentless" po prostu fenomenalnie. Ciężko, żywo, selektywnie i przestrzennie, nie ginąc gdzieś na drugim planie za zmasowanymi, nisko strojonymi gitarami. Sam Jason Roeder by się nie powstydził.

Cóż jednak z tego, że po dwunastu latach Bostaph znów dwoi się i troi, skoro Kingowi brakuje pomysłów, a Arayi chęci i motywacji. Cóż z tego, że świetną okładkę namalował fanatyczny zapaleniec, skoro zdobi ją napis ze słowotwórczym bykiem w tytule. Tytule, który skądinąd perfekcyjnie odzwierciedla zawartość płyty. "Repentless" to po prostu jedna wielka pomyłka.

To płyta niechlujna, przypominająca szkic czy wersję demo, a nie nadający się do wydania w pełni wartościowy długograj. Wiele riffów Kinga nie odstaje od jego twórczości z najlepszych lat, jednakże tym razem gitarzyście, którego Araya "oskarżał" przecież o kalkulację i obsesję kontroli, zabrakło cierpliwości, a całości, choćby odrobiny polotu (czytaj – Jeffa Hannemana). Slayer pierwsze miejsce w kategorii "rozczarowanie roku" ma zapewnione już we wrześniu.


Przemysław Kantorski