22-09-2015

Soulfly Archangel

Soulfly - ''Archangel'' - Jak trwoga, to do Boga

O tym, że Max gorliwą wiarą wierzy wiadomo nie od dziś. Dziwić nie może zatem ani usnuty wokół "Archangel" biblijny koncept, ani fakt, że starszy z braci Cavalera porwał się na cytowanie Starego Testamentu.

Dziwić może za to muz-bizowa euforia i sianie wokół nowej płyty Soulfly histerycznego zamętu. W istocie na "Archangel" nie uświadczymy bowiem ani rzemieślniczego odrodzenia, ani nawet twórczego muzycznego recyklingu.

Teoretycznie złudną nadzieję najbardziej niepoprawnym optymistom dać może przeskoczenie zawstydzającego otwieracza, którego kopać tutaj nie ma sensu. Gorzej, że żaden z pozostałych zaserwowanych przez Maxa na "Archangel" numerów nie jest od "We Sold Our Souls to Metal" ani znacznie ciekawszy, ani bardziej intrygujący.

Tak np. tytułowy "Archangel" błyskawicznie rozpływa się po interesującym początku, "Sodomites" nie daje rady dźwignąć narzuconego przez nazwisko Todda Jonesa hajpu, a w "Ishtar Rising" starszego z Cavalerów stać było jedynie na kopiuj – wklej z własnego dorobku. Dziesiątego longa Soulfly nie ratuje także przeraźliwie toporne "Live Life Hard!", skądinąd najciekawsze z całej płyty "Bethlehem's Blood", chwytliwie patatajowy "Deceiver" z ładnym solo, czy nawet Zyon Cavalera, wiernie naśladujący ojca w grubociosanym młóceniu.

"Archangel" to po prostu generic-Soulfly, oparte na pospolitym, około-hardcore'owym generic-riffowaniu, tu i ówdzie przeplatanym, nomen omen równie oczywistymi i równie często eksploatowanymi przez szybszych i zdolniejszych samplami i wstawkami. To płyta nieco lepsza i bogatsza od poprzedniki, ale wypadająca blado w konfrontacji nawet ze schyłkowym "Prophecy" czy ostatnimi dokonaniami dawnych kompanów Maxa z Sepultury.

To wreszcie album, który niejako wieńczy proces trawienia przez Soulfly skonsumowanego dobre dziesięć lat temu własnego ogona. I tylko biada temu, kto po dekadzie posuchy oczekiwał od Cavalery nagrania czegoś wartościowego.


Przemysław Kantorski

Powiązane: