14-10-2015

Susanne Sundfør

Susanne Sundfør – "Ten Love Songs" - Guilty Pleasures

"Ten Love Songs" dowodzi, że kolaboracje z M83 i Röyksopp nie tylko przedstawiły Susanne Sundfør szerszej publiczności, ale i ukształtowały jej muzyczną tożsamość. I choć zanurzony w ejtisowym synth-sosie piąty w dorobku wokalistki krążek pozornie niczym nie wyróżnia się na tle odtwórczego zalewu płyt korzystających na popkulturowym renesansie epoki kul dyskotekowych, w istocie na "Ten Love Songs" Sundfør przypomina mainstreamowi, o co w tych nieszczęsnych ejtisach tak naprawdę chodzi.

Inspirowany – jak twierdzi wokalistka – "Lśnieniem" Kubricka album zawiera wszystkie części składowe tego, co aktualnie trendy w retro-zapętlonym muzycznym światku. Wyznając prostą zasadę, w myśl której im większy hit, tym bardziej kiczowate syntezatory, a im większy artyzm, tym większy minimalizm, Sussane Sundfør doprowadziła do zderzenia dwóch stylistyk nie tylko przez alternatywę najmocniej eksploatowanych, ale i najbardziej pretensjonalnych i fasadowych.

"Ten Love Songs" uwodzi zatem przepychem, naiwnością i zanurzonym w gotyckim kotle przeszarżowanym patosem. Jak na ironię, ten art-popowo-eklektyczny miszmasz jednak nie tyle wyczerpuje możliwości ejtisowo-synthowej formuły, co maksymalnie przybliża ją do pierwowzoru z czasów, gdy rozrywka i sztuka nie były tożsame, a sama popkultura traktowała się mniej serio.

I chociaż nie sposób rozstrzygnąć, czy Sussane Sundfør faktycznie podeszła do tematu z rezerwą, na pewno nie można odmówić jej świadomości podejmowanej materii. Dość powiedzieć, że "Ten Love Songs" wcale nie naśladuje spłaszczonego retro, a po prostu brzmi jak twór minionej epoki.


Przemysław Kantorski