02-11-2015

True Detective

"True Detective (Music From the HBO Series)" - Nowa era neo-noir

Sukces pierwszego sezonu "True Detective" niejedno miał imię. Trudno bowiem rozstrzygnąć, kto do triumfu zdjętego z taśmy produkcyjnej HBO serialu przyczynił się najbardziej – rozchwytywany Matthew McConaughey, opłakiwany przy okazji drugiego rozdania Cary Fukunaga, czy może pełna wdzięku Alexandra Daddario.

Lista plusów drugiego, wyreżyserowanego samodzielnie przez Nica Pizzoltato sezonu "Detektywa" prezentuje się znacznie skromniej. Mimo naszpikowanej gwiazdami obsady z "True Detective" wyparowała wszak nie tylko chemia między aktorami, tak istotna w przypadku pierwszej odsłony, ale i – paradoksalnie – niemal cały ciężar gatunkowy.

W "dwójce" balansującą na granicy jawy i snu, okultystyczną aurę "jedynki" zastąpił bowiem post-hippisowski koszmar, z wpisaną weń niestrawną, egzystencjalną pretensją. I o ile samej koncepcji można jeszcze bronić, o tyle sposobu jej przełożenia na srebrny ekran usprawiedliwiać już nie sposób. Wszak grając na nihilistyczną nutę i ogołacając serial z resztek optymizmu, Pizzolatto nieopatrznie wepchnął go w szpony post-sartre'owskiej, hollywoodzkiej groteski.

Nieumiejętnie dawkowany patos, podsycany przez przywołujące na myśl dokonania Steve'a McQueena długie, zwieszone na twarzach bohaterów ujęcia, w drugim "Detektywie" rozrzedza na szczęście świetnie wkomponowania w całość muzyka, stanowiąca zdecydowanie najmocniejszy punkt całej produkcji. Widać to już w pierwszej z wielu barowych scen, w której wymieniającym mętne spojrzenia Rayowi Velcoro (Colin Farrell) i Frankowi Seymonowi (Vince Vaughn) akompaniuje Lera Lynn z "My Least Favourite Life".

Takich smaczków w "True Detective" jest oczywiście więcej i głównie dzięki nim sztucznie zagęszczana formuła nie dusi się pod własnym ciężarem. Co warte podkreślenia, ścieżkę dźwiękową drugiego sezonu cechuje duża różnorodność. Oprócz minimal synthowej przeróbki "Nevermind" Leonarda Cohena mamy tutaj chociażby rasowe country, korzennego rocka, garażowo-grindermanowe oblicze duetu Nick Cave & Warren Ellis, czy wreszcie post-americanowe ballady wspomnianej wcześniej Lery Lynn. Niezwykle dojrzale brzmi zwłaszcza "Lately" z wybijającą mechaniczny, rwany rytm sekcją, nadającą piosenkowej strukturze industrialnego charakteru.

T Bone Burnett, amerykański producent odpowiedzialny nie tylko za dobór utworów, ale także za kompozycje i aranże niektórych z nich, zasługuje na duże słowa uznania. Podziękować mu powinna przede wszystkim Lynn, bo to ona prawdopodobnie zyska na drugim "Detektywie" najbardziej. Przeciętnemu zjadaczowi chleba pozostaje tylko słuchać i zapętlać, bo chociaż serial Pizzolatto nie każdemu przypadnie do gustu, jego ścieżka dźwiękowa z automatu wyrosła do miana autonomicznego, funkcjonującego nawet w oderwaniu od obrazu tworu.

Przemysław Kantorski