03-05-2017


3-majówka - Relacja

W dniach 1-3 maja 2017 odbyła się kolejna edycja festiwalu 3-majówka. Mamy dla Was relację z tego wydarzenia.


Zagrali:
01.05. - Dog Eat Dog, The Cranberries, Lacuna Coil, Enter Shikari, Acid Drinkers
02.05 – Łąki Łan, Natalia Przybysz, Xxannaxx, 5'nizza, Lady Pank, Renata Przemyk, L.U.C. & Rebel Babel Ensamble, Hunter, Happysad, Czesław Śpiewa, Strachy na Lachy, Julia Pietrucha, Paweł Domagała, Moskiewska Pożyczka
03.05 – O.S.T.R., Krzysztof Zalewski, Fisz Emade Tworzywo, Brodka, The Toy Dolls, Kult, Nosowska, Illusion, Łona i Webber, Coma, Piotr Zioła, Luxtorpeda


Lacuna Coil / 3-majówka / Wrocław
Henryk MIchaluk


Ubiegłoroczna majówka pod Pergolą i w Hali Stulecia zwieńczona bardzo zacnym występem Within Temptation zostawiła po sobie więcej niż miłe wspomnienia, stąd decyzja o obecności na tegorocznej była właściwie formalnością. Jedyną niepewną kwestią był pogoda, która w tym roku nas nie rozpieszcza, ale ostatecznie obyło się bez ulew, śniegu, gradu, mrozu i innych zjawisk pogodowych.

Uwaga: streszczenie – wykonawcy dopisali, widownia również, organizacja bez zarzutu, nawet kolejki do różnych punktów gastronomicznych były jakby mniejsze niż w ubiegłym roku. Dodatkowo rozczulili mnie panowie i panie z ochrony, którzy wieczorem w Hali sprawdzali, czy aby śpiący w różnych miejscach widzowie nie wymagają pomocy medycznej. Czegóż chcieć więcej? No, może jeszcze więcej zabawnych kostiumów, które sprawiały, ze faktycznie można było się poczuć jak na majówce.
Nawet konferansjer, co zwykle jest najsłabszym punktem takich imprez (jeszcze mi skóra cierpnie po głupotach, jakie wygadywał Łukasz Orbitowski na niedawnej Metalmanii), był do przyjęcia. Ale „wyczilautować się w strefie czilautu”, a zwłaszcza stosowane przy każdej okazji „dajcie hałas” mogło irytować.
Najstarszym zespołem tego festiwalu i zarazem jego gwiazdą były oldschoolowe punki z angielskiego THE TOY DOLLS, które ostatniego dnia wieczorem pokazały WSZYSTKIM zespołom na czym polega werwa i radość z grania. Nawet jeśli były one wyćwiczoną latami rutyną.

The Cranberries / 3-majówka / Wrocław
Henryk MIchaluk


01.05



Zadanie otwarcia przypadło znanemu także z ubiegłorocznej edycji imprezy zespołowi ACID DRINKERS. Tym razem zamiast własnych utworów zaprezentowali znany woodstockowej publiczności set poświęcony pamięci Lemmy'ego Killmistera. Ekipa pod dowództwem Titusa, oczywiście tego dnia odzianego w klasyczną koszulkę Motörhead, zgrabnie wciągnęła widownię do zabawy i pod sceną solidnie się kotłowało. Ponieważ widać było, że publiczność spragniona jest zabawy wykonawcy raczej nie miewali problemów z jej rozruszaniem. Ale cóż się dziwić kiedy klasyczne, motoryczne (nomen omen) utwory Killmistera, pokroju „Overkill”, „Stone Deaf Forever”, fantastyczny, metalicznie brzmiący „Orgasmatron”, a zwłaszcza klasyka klasyki - „Ace of Spades” innych zachowań wywołać nie mogą.
Brytyjczycy z ENTER SHIKARI kontynuowali dobrą passę i bez problemu przekonali do siebie publiczność kilkunastoma utworami na czele z singlowymi „Sorry, You're Not a Winner”, „Juggernauts”„Anaesthetist”, czy pochodzącym z ubiegłego roku „Redshift”. Chwilami lirycznie, by po chwili solidnie dołożyć czadem wpisywali się znakomicie w klimat imprezy, na której dominowała różnorodność, jak to ostatniego dnia podsumował raper L.U.C.
Nieco mroczniejszy klimat wprowadzili Włosi z LACUNA COIL, którzy pod przykrywką gotyckiego metalu całkiem solidnie dołożyli, jako że ich utwory opierały się w znacznej mierze na bardzo agresywnych riffach i duecie wokali Andrei Ferro i Cristiny Scabbi. Zespół ustylizował się na zombich i trzeba przyznać, że gitarzysta Marco Zelatti wyglądał naprawdę makabrycznie, choć wykazał się niezłym poczuciem humoru i na stylizowanym na odsłonięty mózg, pomalowanym na czerwono szczycie czaszki miał napisane „CZEŚĆ”. Przekrojowy set, w którym znalazło się miejsce dla kilku utworów z najnowszej płyty zespołu, „Delirium”, a także na cover Depeche Mode, „Enjoy the Silence” otwierał mroczny świat Włochów utworami „Victims”, „My Demons”, „Downfall”, a zwłaszcza „Zombies”. Tu rozgadana przez cały występ Cristina, także popisała się sytuacyjnym poczuciem humoru i początkowo zapowiedziała utwór jako „Zombie”, a zespół zagrał pierwsze takty takoż zatytułowanego utworu The Cranberries.
Irlandczycy nie zaskoczyli grając po prostu wiązankę swoich największych przebojów. Ale że „Animal Instinct”, „Linger”, „Just My Imagination”, czy zagrany na koniec właściwego zestawu obowiązkowy „Zombie” (aż się prosiło o nawiązanie do utworu Lacuna Coil, ale to jednak innego formatu zespół). Mimo że wokalistka THE CRANBERRIES, Dolores O'Riordan sprawiała wrażenie jakby była mocno nie w formie i większą część występu była raczej mało ruchliwa, a jedynym bardziej dynamicznym członkiem zespołu był gitarzysta Noel Hogan. Mimo to widownia wymusiła bisy i zespół w ładnym stylu zakończył pięknymi „Promises”oraz „Dreams”.
Amerykańskiego DOG EAT DOG, który powraca po 10 latach nieobecności na scenę, nigdy nie lubiłem i ich występ zmęczył mnie okrutnie. Agnostic Front, Public Enemy, czy Anthrax by wymienić podstawowe składowe ich muzyki, zjadają takich na śniadanie. Wokalista dużo gadał, przedstawiał kolejnych gości, w tym naszego rodaka, który zaprojektował im nowy wzór koszulki, czy jeśli dobrze zrozumiałem jednego z członków Wu Tang Klan. Działo się sporo i utwory, czy to z ich najważniejszego krążka, debiutanckiego „Allborough Kings”, czy nowej EPki „Brand New Brand” niesamowicie rozgrzewały publiczność i w ich rytm skakała chyba połowa obecnych na płycie w Hali Stulecia. Taką skutecznością nie cieszył się chyba żaden inny wykonawca tego festiwalu.


02.05



Nastrojowe dźwięki tubylców z MOSKIEWSKIEJ POŻYCZKI, wzbogacone lekko folkującymi dźwiękami fletu rozpoczęły łagodnie dzień drugi majówki. Wprawdzie pół godziny to niewiele, ale zespół pokazał się od dobrej strony.
Atmosferę próbował próbował rozgrzać PAWEŁ DOMAGAŁA. Spokojne, w większości akustyczne piosenki przeplatane były kilkoma utworami z bardziej rockowym zacięciem, np. „Szczęście”. Wokalista przyznał się do wrocławskiego pochodzenia i okazało się, że punkty za pochodzenie się przydały, mimo że szybki test wykazał, iż znaczna część publiczności przyjechała na imprezę spoza Wrocławia, co majówce jak najlepiej rokuje na przyszłość. W utwór o Warszawie wplótł cytat ze stosownego dzieła Niemena i doczekał się skandowania widowni.
STRACHY NA LACHY gra muzykę prostą, melodyjną i przyjemną, choć słychać jej punkowe korzenie, opatrzoną przewrotnymi tekstami i znakomicie sprawdza się na koncertach. Czy można nie lubić „Dzień dobry, kocham Cię”? Czy można nie znać utworu „Czarny chleb, czarna kawa”? Dorzućmy jeszcze „Żyję w kraju”, „Szansa na sto” oraz kilka podobnych utworów i wiadomo, ze bisy być muszą. „Twoje motylki lżejsze niż puch” oraz „Piła tango” i publiczność śpiewa z zespołem. Zasłużenie.
Podobną receptę zastosował HAPPYSAD i z podobnym powodzeniem. Nieco nostalgiczne, melodyjne riffy, których niemal definicją jest otwierający ich zestaw „Bez znieczulenia” mają sporą, oddaną grupę fanów i choć sam do nich nie należę, to bardzo spodobał mi się ich występ. Zdecydowanie jest to „licealny rock” lat 90-tych, ale „Piwnica u dziadka”, „Powódź dekady”, „Nie ma nieba”, cały czas dobrze się sprawdzają.
Tego dnia rockowe brzmienia Pergoli zdecydowanie bardziej mnie przyciągały niż to, co działo się w Hali, więc eklektyczny zestaw Juli Pietruchy, specyficzny Czesław Śpiewa, miejski folklor Ukraińców z 5nizza (czyli po prostu 5tekk), czy nawet Natalia Przybysz zatrzymywali mnie tylko na chwilę. Ta ostatnia sprawiła, że czekanie na Łąki Łan wydało się zdecydowanie za długie i w tym momencie wybrałem powrót do domu.
Za to kolejny, jak zawsze dramatyczny i lekko teatralny występ HUNTER, choć jak się zdaje oparty na dość krytycznie przyjętej, ubiegłorocznej płycie „NieWolnOść”, na czele z utworem tytułowym i zagraną na bis „Ripostą drugoklasisty” wywarł na mnie zdecydowanie dobre wrażenie. Sprawił, że choć miałem ochotę sprawdzić jak na żywo wypada L.U.C. i jego orkiestra dęta, Rebel Babel Ensamble, to załapałem się jedynie na samą końcówkę. Obecność orkiestry sprawiła, że bliżej było do Bregovicia niż do klasycznego rapu. Ale nawet tutaj dopadł mnie ponownie Czesław, a i innych gości, choćby w postaci innego rapera, Yoki, też nie brakowało. Na pierwszy rzut oka wyglądało to jak funk opery z końca lat 70-tych, ale zagrało dobrze.
Ponieważ tego dnia koncerty nakładały się na siebie z żalem zrezygnowałem z większej części prezentacji Renaty Przemyk na rzecz jubileuszowego seta LADY PANK. Ostatnimi czasy kondycja tegoż zespołu bywa różna, więc było to nieco ryzykowne, ale warto było, bo panowie po prostu zagrali swoje największe przeboje. I choć głos Panasewicza nie ma już takiej mocy jak niegdyś, to i tak całość wyszła więcej niż dobrze. Ten zresztą często gęsto wciągał publiczność do śpiewania refrenów. Koncert spięła klamra przebojów z początków. „Kryzysowa narzeczona”, jak zawsze fantastyczne „Zamki na piasku” na otwarcie, „Tańcz głupia tańcz” i „Mniej niż zero” na koniec. A pomiędzy Titaniki, marchewkowe pola, siódme nieba, fabryki małp i tacy sami. Żadnych niespodzianek, za to sporo podkładów wideo. I wcale nie trąciło to myszą.
Gdzieś w przelocie zajrzałem na scenę trzecią, Scenę Chilloutu, by rzucić okiem na elektroniczny XXANAXX, w składzie z uczestniczką X Faktora, Klaudią Szafran. Sympatyczny synthpop nie odrzucał, podobnie jak bardzo kontaktowa wokalistka. W pewnym momencie wzięła telefon od jednego z nagrywających widzów i zaczęła nagrywać występ z perspektywy zespołu. Dla widza zapewne super pamiątka.


03.05



Dzień trzeci spędziłem w większości na Pergoli, co oznacza, że Piotra Zioły oraz Łony i Webbera nie widziałem wcale, Nosowską, Brodkę i Fisza Emade Tworzywa ujrzałem w przelocie. Na koniec zmęczył mnie Krzysztof Zalewski, więc do O.S.T.Rego już nie dotrwałem. Ale pozostałe 5 zespołów wynagrodziło mi to w dwójnasób.
Litzę i LUXTORPEDĘ można lubić lub nie, ale nie można mu odmówić konsekwencji i skuteczności. Choć koncert dali podobny do ubiegłorocznego i nawet konferansjerka była podobna, to energia granych przez nich utworów wystarczyła. Litza dużo mówił o utworach i kryjącym się w nich przekazie, ale bez kaznodziejstwa, raczej w odniesieniu do uniwersalnej etyki, więc nie drażniło i nie męczyło. „Wilki dwa”, „Pusta studnia”, „Nieobecny nieznajomy”, „Igloo”, czy „44 dni”, „Jak husaria”, „Siódme”. Slayerowskie riffy, depresyjne momenty i punkowa energia. Płyty nigdy miał nie będę, ale na koncercie chętnie posłucham.
COMA grywa bardzo nierówno, na szczęście ten koncert był z tych lepszych. Może dlatego, że nie skupiali się na ostatnich, według mnie słabych płytach? Od „Taksówek” po „Feel the Music's Over”czuć było energię, a choć maniera wokalna Roguckiego chwilami sprawia, ze ciężko go zrozumieć, to frontmanem jest dość przekonującym. „Magda”, czy „Pierwsze wyjście z mroku” dalej mają swój urok. Podobnie jak specyficzne zaśpiewy w bisowym „Los cebula i krokodyle łzy”.
ILLUSION po kilkunastu latach niebytu powrócił płytą w 2014 roku, ale chyba pozostał tym zespołem z lat 90-tych, który uformowały pierwsze trzy krążki, które osiągnęły wówczas status Złotej płyty. Jakby zastygli muzycznie w czasie, bo zagrali tak, jak ich pamiętałem sprzed 20 lat. „Vendetta”, bisowy „Bracie”, a zwłaszcza „Wojtek”. Ale choć mam wątpliwości, czy będą w stanie nagrać coś równie mocnego, to na żywo zdecydowanie się bronią.
Podobne wrażenie sprawia na mnie stały bywalec wrocławskich Juwenaliów, Dnia Wiosny, czy Majówek, czyli KULT. W ubiegłym roku wydali nową płytę, „Wstyd”, z której zagrali utwór tytułowy, „Dwururkę” i „Jeśli będziesz tam”, zaś pozostałe utwory dość równo powybierali z innych płyt, a ja ciągle mam wrażenie, jakby wszystko było mi doskonale znajome. Na szczęście, choć „Arahja” oraz „Do Ani” wciąż mają swoje bardzo ważne miejsce na koncertach, to zdecydowanie większy entuzjazm wzbudzają nowsze utwory, zwłaszcza „Baranek”, „Brooklińska Rada Żydów”, „Kiedy dzieci nie ma w domu”. Ale kończą i tak „Wódką” i wciąż potężnie brzmiącą „Polską”.
Ponieważ koncert Kultu nieco się przedłużył organizatorzy zrobili wyjątek i poczekali aż wybrzmi ich ostatni utwór i dopiero wtedy rozpoczął się godzinny set Anglików z THE TOY DOLLS. Efektem było skrócenie listy utworów o kilka i ostatecznie występ ten zamknął się w godzinie. Ale w trzech, pod dowództwem Michaela „Olgi” Algara bez zbyt wielu rekwizytów dali show jak się patrzy. Co z tego, że było konfetti strzelające z wielkiej butelki, wesołe stroje stylizowane na angielskie zespoły z okresu beatlemanii i elementy strip-teasu skoro panowie powalili przede wszystkim muzyką. Radośnie kicali po scenie, często synchronicznie, nakłaniali widzów do tupania, szczerzyli się ironicznie i łoili jeden radosny punkowy hicior za drugim. Nie tylko punkowy, ale nawet Toccatę i fugę J. S. Bacha przerobili na swoją modłę i wypadło to znakomicie. Nie brakło przynajmniej kilku starych punków, którzy śpiewali z nimi utwory. „Fiery Jack”, „Cloughy Is a Boot Boy”, „Dougy Giro”, „Spiders in the Dressing Room”, kultowy „Nellie the Elephant”, czy coverowe „Wipe Out” z debiutu, które zamknęło zestaw podstawowy, to tylko próbki ich poczucia humoru tak tekstowego, jak i muzycznego. Na bisy zdjęli stanowiące ich znak rozpoznawczy okulary i dorzucili jeszcze pięć utworów, w tym tradycyjny „When the Saints Go Marching In”, czy „Glenda and the Test Tube Baby” by zamknąć całość „She Goes to Finos”. Niedosyt pozostał, wolałbym jednak krótszy zestaw Kultu w zamian za jeszcze kilka hiciorów TTD, np. „Ashbrooke Laundrette”, który na liście pierwotnie był. To już mi się marzy kolejny występ we Wrocławiu. Szedłbym.

Autor: Paweł Domino