03-08-2018


7. Festiwal Uwolnić Muzykę w Środzie Śląskiej

Siódma już edycja festiwalu Uwolnić Muzykę w podwrocławskiej Środzie Śląskiej była zdaje się pierwszą, na którą sprzedawano bilety, a mimo to wedle mieszkającego tam znajomego cieszyła się największą frekwencją. Wedle zgodnych opinii znajomych kameralny charakter tej imprezy stanowił część jego uroku. Mimo, że stosunkowo mało znany, ściągnął gości niekiedy z daleka, czego najlepszym dowodem były dwie urodziwe siostry z Białegostoku.

Na uczestników czekały oczywiście pole namiotowe, stoiska z gastronomią (choć i tak największym wygranym była ponoć lokalna pizzeria, bardzo chwalona przez obecnych) oraz wytwórnie/zespoły z płytami i szmateksem, a także firmowe stoisko festiwalu z kubeczkami, breloczkami, składankami z różnych edycji, wliczając bieżącą oraz mała wystawa dokumentująca dotychczasową historię imprezy. Zespoły otrzymywały specjalny prezent w postaci displaya z płytą i plakatem, które wręczał znany bywalcom majówek konferansjer. Ten ostatni swoją krzykliwością i nieodłącznym od niego hasłem „dajcie hałas” stanowił chyba najsłabszy punkt imprezy, ale może to taki urok festynów.

Imprezę z lekkim, półgodzinnym spóźnieniem, które szczęśliwie nie ulegało już zwiększeniu rozpoczął wrocławski THAR AI. New metal/metalcore tej formacji, mającej jak na razie na koncie jedną 5-utworową EPkę (demo?) prezentował się całkiem zacnie i energetycznie, choć wokalista trochę odstawał poziomem od reszty zespołu i chwilami nieco mnie męczył. W ich muzyce nie brakowało i momentów dramatycznych i lirycznych, więc sprawdzili się w roli otwieracza.

Warszawski RAIN OF SORROW istnieje już od kilkunastu lat, jednak szczęście im chyba nie dopisywało, bo na koncie maja też tylko jedno demo. Ale ponoć debiutancki album w drodze. Zespół ewoluował od symfonicznego black/death metalu ku metalowi gotyckiemu, co jak sądzę stało się za sprawą wokalistki Agnieszki, której fantazyjny strój idealnie wpisywał by się w estetykę Castle Party. Pani ta chętnie konwersowała z widownią, a jej głos ze specyficzną ni to śledzikującą, ni to dziecięcą manierą tworzył specyficzny klimat. Podobnie jak muzyka zawarta gdzieś w szerokim obszarze pomiędzy The Gathering i Closterkeller. Gdzieś pomiędzy swoje utwory wpletli cover Paradise Lost „This Cold Life”, co jak sądze dobrze wypośrodkowuje główne kierunki ich wpływów.

Impreza nabrała rumieńców za sprawą bardzo sympatycznego łódzkiego AETHER, poruszającego się na skrzyżowaniu melodyjnego death metalu a la Dark Tranquillity i równie melodyjnego pagan metalu z wyraźnym piętnem Arkony. Tej rosyjskiej. Wprawdzie cover „Vodka” Korpiklaani nie wytrzymywał porównania z oryginałem, ale część publiki chętnie rzuciła się w pląsy. Utworom z ich własnego repertuary takoż nie brakowało energii, mogącej poruszyć do zabawy. EPka „Tale of Fire” świetnie sprawdza się w wersji koncertowej, zwłaszcza nieco pompatyczny „Last Battle”. Dobra, dałem lajka.

Weteranów z ALCOHOLICA widziałem po raz pierwszy, choć niejedna wiosna siwieje im już na skroni. A tymczasem po kilkunastu latach doczekali się oni swojej autorskiej płyty i te dwa, czy trzy zaprezentowane z niej utwory brzmiały całkiem dobrze. Ale oczywiste, że od tego zespołu oczekiwaliśmy przede wszystkim coverów Larsa i spółki. Takich jak klasyczne już „For Whom the Bell Talls”, czy „Master of Puppets”. Wokalista wprawdzie zdecydowanie nie jest Jamesem, ale całość była taka, jak powinna, czyli rozrywkowa i sprawdziła się w kontakcie z obecnymi.

Na serio koncert rozpoczął się dla mnie od występu ARKONY. Tym razem tej rodzimej. Zdążył już zapaść zmrok, więc zimne, surowe black metalowe riffy w połączeniu z charakterystycznymi tekstami uzyskały właściwą oprawę. Szczególnie duże wrażenie wywarły na mnie fragmenty ostatniego albumu tej formacji, „Lunaris”, szczególnie kończąca ich występ, monumentalna wręcz „Ziemia”.W momencie, kiedy muzyka dobiegła końca zastygłem w lekkim transie, przerwanym przez wspomnianego prezentera. Z trudem opanowałem chęć rzucenia czymś w niego. Nie ostatni zresztą raz w czasie tego festiwalu.

Występ KATA I ROMANA KOSTRZEWSKIEGO (wiem, że muszą to dodawać, ale przecież oczywiste, że Kat to Roman) rozpoczął się tuż przed północą i mimo, że miał trwać prawie 1,5 godziny to skończył się już o 1szej, bez możliwości bisu. Widać w grę weszły tu jakieś lokalne uwarunkowania, ale biorąc pod uwagę zamieszanie w Piekarach, to i tak dobrze świadczy o organizatorach, że zdecydowali się na ich zaproszenie. Sam zaś koncert to parada znanych każdemu metalowcowi w naszym kraju przebojów, na czele z „Metal i piekło”, „Diabelskim domem, cz. 2” (tu mała awaria, która sprawiła, że zespół zagrał utwór od nowa), „Strzeż się plucia pod wiatr”, „Wrocznią”, a zwłaszcza „Łzą dla cieniów minionych”. Głos Romana czasem już nie brzmi tak potężnie jak w oryginale, choć „Łza…” wciąż jest taka, jak powinna, a jego maniera sceniczna jednak dowodzi, że nie jest Jimem Morrisonem, ale Kat wciąż potęgą jest i był to zdecydowanie dobry występ. Tym bardziej, że wcześniej cały zespół chętnie fotografował się z obecnymi i był dostępny dla fanów.

Zapowiedziana w rozpisce niespodzianka, mająca otwierać dzień drugi chyba nie wypaliła, więc sobota zaczęła się od wrocławskiego DEADPOINT, którego frontmanem jest Chilijczyk, Chrystian „Gato” Segura. Bardzo sprawny metalcore, choć poza wspomnianym wokalistą i jego bezapelacyjną kontaktowością, nie wyróżniający się niczym szczególnym.

Nie można tego powiedzieć o krakowskim zespole CIEŃ, którego dwa dotychczasowe albumy to kawał mrocznego, klimatycznego black metalu. Sam imane mniej efektowny niż to w gatunku przyjęte, poza wokalistą bez klasycznych makijaży, postawili na wściekłe, acz zdyscyplinowane granie i sprawili, że muszę się przyjrzeć uważniej do tej pory tylko po łebkach odsłuchanej płycie „Fate”.

Każdy z widzianych przeze mnie ostatnimi czasy koncertów poznańskiego IN THWLIGHT’S EMBRACE podnosił wyżej i tak wywindowaną solidnie porzeczkę. Maniakalny wręcz black metal, bliski klimatem zespołom Mgła, czy Blaze of Perdition. zagrali fantastycznego seta, który mocno podkreślił, jak świetnym albumem jest płyta "Vanitas", ozdobionego tradycyjnie coverem "Opowieści zimowej" Armii. Tak, kolejny rok, a wy wciąż tu jesteście!

Pewne trudności z transportem sprawiły, że musiałem ewakuować się ze Środy przed końcem festiwalu. Nie żałowałem specjalnie Słowackiego DOOMAS, który okrutnie zmęczył mnie miesiąc wcześniej na Castle Party. Acz przyznam, że w plenerze ich nieco betonowy death/doom zabrzmiał dużo lepiej niż w bolkowskim Domu Kultury.

Żałowałem za to BATUSHKI, która według zgodnego chóru znajomych dała znakomity koncert i której plener również bardzo posłużył. Zespół podpisał w ubiegłym roku kontrakt z potentatami biznesu, czyli wytwórnią Metal Blade, ale tymczasem wciąż prezentuje materiał ze swego debiutu, albumu „Liturgija”. Charakterystyczny baner, stylizowany na cerkiewny ikonostas, cerkiewny w swym brzmieniu chór i instrumenty, stroje stylizowane na cerkiewne ornaty i przede wszystkim potężny black metal. „Każdy dźwięk, nawet dzwoneczki ministrantów brzmiały monumentalnie”.
A mi na pociechę został urokliwy, choć wciąż w trakcie remontu ryneczek Środy Śląskiej i otoczony hipermarketami dworzec autobusowy. Następnym razem biorę jednak namiot…

Uwolnić Muzykę VII, Środa Śląska, 27-28.07.2018
28.07 - Batushka, Doomas, In Twilight’s Embrace, Cień, Aether, Deadpoint;
27.07 - Kat & Roman Kostrzewski, Arkona (Pl), Alcoholica, Rain of Sorrow, Thar Ai.


Autor: Paweł Domino