15-12-2018

APC_foto_mid

Kraków

Tauron Arena Kraków

Start
18:00

240 / 260 zł

300 / 320 zł


Tauron Arena Kraków
ul. Stanisława Lema 7
Kraków

A Perfect Circle w Krakowie RELACJA

Sobotni wieczór delegacja Cityfuna z Wrocławia spędziła w krakowskiej Tauron Arenie na jednym z ważniejszych wydarzeń muzycznych 2018 roku, jakim bez wątpienia był koncert A Perfect Circle. Zdjęć nie będzie, bo APC sobie tego bardzo nie życzyło (i dobrze), będzie za to kilka słów do przeczytania.

Kraków przywitał mrozem, a hala szczelnie nabitą płytą i przesianymi trybunami. Kilka minut po 20 na scenę wyszła Chelsea Wolfe i… Nie wiem, jakie demony siedzą w tej dziewczynie, ale niech tam siedzą jak najgłębiej i najdłużej, bo jej krótki set naładowany był większą ilością mroku i emocji, niż wszystkie współczesne „gotyckie” kapele razem wzięte. Czesia postawiła na 9 utworów z serii odhumanizowany doom/stoner i zabrzmiała bardzo ciężko i metalowo. Wiła się ponuro w dymie jak jakaś cmentarna zjawa, która wstała z grobu. Efekt? Bardzo malowniczy. Polecam tą panią szczególnie w klubowych sceneriach, a tu i tak jak na warunki supportujące było całkiem nieźle.

A Perfect Circle już w tym roku widziałem na francuskim Hellfeście i spodziewałem się bardzo podobnej produkcji. I przejechałem się o 180 stopni, bo Amerykanie zaserwowali coś całkowicie odmiennego. Na festiwalu były telebimy i w miarę oświetlona scena, co pozwalało np. oglądać muzyków, w tym i momentami Maynarda. Za to w hali na autorskim koncercie nic z tych rzeczy, grali w absolutnym półmroku, z połowy płyty można było sobie oglądać co najwyżej pełzające cienie sylwetek. Za to reszta bajerów żarówkowych była porażająca. Wraz z całkowitym zakazem fotografowania przez publikę, stworzyło to wszystko razem piękne, spójne przedstawienie.

APC był nagłośniony jak kapela popowa. Co oczywiście w niczym mu nie umniejszyło, bo selektywność brzmienia stała na najwyższym poziomie. Spokojnie można było wycinać sobie każdy instrument z osobna, ale akurat tutaj bohater był jeden – wokal Maynarda. Temat na osobny akapit, w tym małym facecie drzemią struny głosowe chyba z owczych jelit. Cyborg o możliwościach i skali wręcz nieosiągalnych dla nikogo innego. Przeszywał, wibrował i poprowadził ten cały spektakl w charakterystyczny dla siebie sposób – nawet mimo tego, że praktycznie nie było go widać, bo stał sobie na podium gdzieś wyobcowany z tyłu w tle.

Setlista składała się przede wszystkich z utworów z albumu „Eat the Elephant”, co nie powinno dziwić, bo to jedna z najlepszych płyt w kategorii „rock alternatywny” AD 2018. Pojawiły się też starsze rzeczy – z czego taki „The Package” po prostu rozsmarował na łopatki oraz covery – w tym rewelacyjny „Dog Eat Dog” AC/DC, który pod koniec rozruszał publiczność soczystymi riffami nawet mimo końcowego i tak jak przystało na APC – nostalgicznego wydźwięku.

Nie powiedziałbym, że był to koncert życia, ale że był to koncert przefajny już z pewnością. I zostałem dozgonnym orędownikiem zakazu świecenia telefonami w tłumie, XXI wieku idź z tym w normę dalej.

Paweł Kuncewicz