31-05-2018

andrew

Wrocław

A2 - Centrum Koncertowe

Start
19:00

90 zł – przedsprzedaż

100 zł – w dniu koncertu


A2 - Centrum Koncertowe
Góralska 5
Wrocław

Andrew W. K. zagrał w A2

Amerykański muzyk-kompozytor Andrew W. K. nie jest jak sądzę zbyt znany w naszym kraju, zwłaszcza, że swój poprzedni album wydał 9 lat temu. Przełożyło się to na niewysoką frekwencję, tym bardziej, że był to czwartkowy wieczór, początek długiego weekendu, w dodatku po obchodach Godflesh...

W A2 zgromadziło się ok. 100-150 osób, ale za to bardzo kontaktowych i chętnych do zabawy, więc atmosfera imprezy była wyraźnie wyczuwalna. I o to chodziło Andrew, przez obecnych pieszczotliwie nazwanego Andrzejem (Andżejem? – nie tylko ja miałem skojarzenia z utworem Nocnego Kochanka) i jego radosnej ekipie, w której każda postać wydawał się być, jak w pirackiej ekipie, z innej bajki. Do piratów najlepiej pasowałby obdarzony bujnymi bokobrodami basista, wręcz wymarzony piracki bosman, jakby wyjęty z „Atlasu chmur”, czy typowy metalowy zakapior, gitarzysta Eric.


fot. Andrew W.K., Proxima, Warszawa, Infernal Impressions.

Trasa promująca nowy, tegoroczny album, „You’re Not Alone”, rozpoczęła się już w kwietniu i po przemierzeniu części Stanów dotarła do Europy. Wrocławski przestanek był, obok dzień wcześniejszego w Warszawie, jednym z dwóch w Polsce. Andrew oczywiście bardzo chwalił polską publiczność. No, jakżeby inaczej, taka praca ;)

W trakcie półtoragodzinnego występu, bez suportu, umieścili 16 regularnych utworów, ale też pozwalali sobie na sola i inne przerywniki. I od początku widać było, że obecni mili chęć na imprezę, która stanowi motto przewodnie tego zespołu. Utwory są bezpretensjonalne, ale niesamowicie energetyczne i wydają się nosić na sobie stempel „hard’n’heavy, przełom lat 80/90tych”. Wywodzą się z tego samego źródła, co „Right to Party” The Bestie Boys, „Pump” Aerosmith, czy utwory The Ramones lub Greek Day. Niektóre klawiszowe aranżacje kojarzyły się z Queen, a nad całością unosił się aprobujący swoich następców sam The Boss, bo i do co radośniejszych płyt Springsteena też nie było wbrew pozorom daleko. Miało być po amerykańsku? Było. Zagrane z maksymalną radością i zaangażowaniem były bardzo wiarygodne i nic dziwnego, że „We Want Fun” trafiło do głośnego ongiś filmu „Jackass”.
Jakieś dwie trzecie utworów pochodziły z debiutanckiego „I Get Wet” z 2001 oraz wspomnianego nowego albumu, z pozostałych płyt pojawiało się dość równo po 1-2 utwory. Ale w sumie to bez znaczenia, bo muzyka to bardzo jednorodna. Poczynając od fantastycznego „Music Is Worth Living For”, w którym chórki wyśpiewywała radosna gitarzysta Amanta, aż po kończący bisy, największy chyba przebój Andy’ego „Party Hard” cała siódemka szalała na scenie. Andy bezsprzecznie dowodził ekipą, ale niemal cała kapela miała swój udział w chórkach. Utwór „She Is Beautiful” został oczywiście dedykowany obecnym na widowni paniom i stanowił jeden z kilku pretekstów do śpiewania wraz z zespołem refrenów, czy wesołego nucenia. A przed tym utworem Andy wyjątkowo założył gitarę, zwaną Pizza Gitar, której pudło faktycznie miało kształt kawałka pizzy i zagrał solo. Z jego merchu wynika, że ma drugą gitarę do kompletu, dla odmiany nazwaną Taco Gitar. Później pozwolił sobie także na nieco balladowe solo na klawiszach, ale pozwolił tez pohasać solowo pozostałym gitarzystom. Schrypniętym nieco „na Lemmiego” głosem zapowiadał kolejne utwory i ciągle nawiązywał do imprezowej tematyki. „You Will Remember Tonight” (nie ma innej możliwości), „Never Let Down”, czy tytułowy “You’re Not Alone”, doprowadziły w nieunikniony sposób do zaplanowanych, rzecz jasna, bisów, dokłądnie takich samych jak na każdym innym ich koncercie, ale odegranych zapewne z tą samą żywiołowością. Taką rutynę to ja jak najbardziej popieram. „It’s Time to Party”, „Pushing Drugs” doprowadziły do równie nieuniknionego finału w postaci poprzedzonego półtora-minutowym odliczaniem „Party Hard”. Przyznać się, kto mi wykupił sznurówki z tym hasłem? Po prostu zezwierzęcenie ;)

andrew
fot. Andrew W.K., Proxima, Warszawa, Infernal Impressions.

Lider przedstawiał rozrywkowo cały zespół i dla każdego poza gitarzystą Erikiem, wytykanem palcami przez część ekipy, miał sporo ciepłych słów. Ciekawe, czy on zawsze pełni rolę czarnej owcy w zespole, czy to jest rotacyjne? Chyba to drugie, bo nie wyglądał na specjalnie przejętego. Po koncercie spora część widowni czekała na wyjście zespołu i mimo zapowiedzi ochrony, chyba jednak się doczekała. Ale nie zostałem tam na tyle długo. Zdążyłem jednak załapać się na kostkę gitarzystki Amandy, więc jakieś gadżety jednak z koncertu przyniosłem.
Zapamiętajcie sobie ich nazwę na wypadek gdyby kiedyś jeszcze pojawili się w Europie, bo rozrywka była przednia.

Paweł Domino