20-06-2017

eva1

Warszawa

Torwar


Torwar
Łazienkowska
Warszawa

Evanescence w Warszawie - Relacja

W 2003 roku po niemal 8 latach plątania się po niszowych stacjach radiowych i klubach, po nagraniu kilku interesujących demówek zawierających mieszankę elektroniki, gotyckiego rocka i ballad fortepianowych inspirowanych Tori Amos, nieźle zapowiadający się duet podwórkowych przyjaciół dostaje się w szpony komercyjnej produkcji i showbiznesu. Za sprawą jednej piosenki wyruszają w rejs albumem ''Fallen'', który okazuje się być swoistym muzycznym odpowiednikiem Titanica - pomiędzy przyjaciółmi pojawia się góra lodowa w postaci różnic w podejściu do muzyki i kariery. Resztę historii znamy, mija 14 lat i...
Prawdopodobnie we wszystkich relacjach z tego koncertu jak mantra będzie powtarzane, że zespół przybył do nas o jakieś 12 lat za późno...


Trudno się z tym nie zgodzić. Z drugiej jednak strony, to co wyróżnia Evanescence na tle innych zespołów młodego pokolenia to stosunek aktywności wydawniczo-koncertowej do stażu. Grupa bowiem niedługo będzie obchodzić ćwierćwiecze istnienia natomiast zdołali wydać przez ten czas zaledwie trzy oficjalne studyjne albumy... Aby to zrozumieć, należy zagłębić się w dość skomplikowaną historię zespołu, a konkretnie duetu twórczego Amy Lee & Ben Moody. Ja w tym momencie wolę analizować bardziej to co ''tu i teraz'', a to co było skwitować tym, że sprawa jest prosta niczym w greckiej tragedii - wszystkiemu winne fatum. Tak bywa gdy ktoś postanowi nazwać zespół ''zanikanie'', ''efemeryczność''...

Obecnie tę ambitną kobietę wspiera na scenie trzech panów i jedna pani - najmłodsza stażem Jen Mejura. Być może będę złośliwy, ale wymienię w tym miejscu tylko nazwisko jednego z nich - Willa Hunta, który jest moim skromnym zdaniem najcenniejszym muzycznym nabytkiem i zarazem jedyną osobą na scenie broniącą się przed utonięciem w charyzmie nadpobudliwej brunetki...

Koncert rozpoczął się od utworu Everybody's Fool, podczas którego publiczność ze strefy GC miała zasypać scenę różami. Była to akcja przygotowana przez organizatora i podejrzewam, że w wyobraźni pomysłodawców pewnie wyglądało to o wiele bardziej spektakularnie niż w rzeczywistości - nie rzucałem nigdy różą ale domyślam się, że taki kwiatek jest raczej ''małolotny''. Mimo wszystko z trybun, skąd obserwowałem koncert wyglądało to nawet nieźle, a pewna nieporadność tylko dodała uroku jeśli zastosować się do zasady ''szklanki do połowy pełnej...''

Evanescence
fot. Mariusz Kapcia

Początek koncertu utrzymany był w dość szybkim przebojowym tempie - ani się obejrzałem, a było już po What You Want, Going Under i The Other Side. Ten ostatni to jeden moich faworytów z trzeciego, niedocenianego albumu grupy. W trakcie tych czterech kawałków Amy zdążyła przebiec już na scenie ładny dystans, więc czym prędzej techniczni podjechali z fortepianem na środek sceny. I tutaj dochodzimy do sedna w poszukiwaniu odpowiedzi, o co ten cały hałas z Evanescence... To właśnie w balladach zaśpiewanych w akompaniamencie fortepianu można w pełni odczuć na własnej skórze wokal Amy. Jeśli tylko jest w formie to dostajemy po uszach kryształową maczugą. Lithium zabrzmiało przecudownie, nawet w momencie gdy do głosu i fortepianu dołączyła już ściana gitar można było usłyszeć przełknięcia śliny Amy. Wzruszyłem się. Jeszcze lepiej wypadło całkowicie już spokojne Breathe No More - piosenka z okresu pierwszych demówek. Z dalekiej przeszłości szybkie płynne przejście do ostatniej płyty - My Heart Is Broken ma zacny początek, później nieco już drażniły powtórzenia w refrenie. Cóż balladowa poprzeczka chwilę temu została zawieszona bardzo wysoko... Mocniej klarowniej i pełniej było już w Made Of Stone. Spore zadowolenie wzbudziło wykonanie mrocznego Haunted, ale największe kciuki trzymałem za Amy, gdy usłyszałem początek Say You Will - wykonują ten kawałek od niedawna i to co można było usłyszeć na YT sprawiało, że uszy więdły gdy Amy wchodziła w refren. Na szczęście lekcja zdawała się być odrobiona - wersja studyjna jest praktycznie niemożliwa do zaśpiewania poprawnie na scenie, więc w Warszawie Amy pozwoliła sobie odpuścić tak wysokie tony. Po takim niszczycielu strun głosowych i kolejnych km scenicznych znów pora na fortepian. Tym razem Artystka otoczona leżącymi wokół instrumentu różami była skierowana w lewą stronę sceny, a spod palców wybrzmiewa My Immortal' - dla mnie jedna z ballad wszech czasów, na której wykonanie na żywo trzeba było czekać w Polsce kilkanaście lat. Z lekkim niepokojem przyjąłem pierwsze nuty Your Star - to kolejny niemożliwy wokalnie numer ale i tym razem obawy stały się bezpodstawne. Nawiasem mówiąc usłyszałem tę piosenkę po raz pierwszy wykonaną bez tzw. kogutów jak zwykła mawiać Anja Ortodox.
Końcówka koncertu to już gwoździe z debiutu, jak pełen patosu, ale i czadu Whisper' z łacińskim chórem w tle czy romantyczne 'Imaginary'. Na finał oczywiście Bring Me To Live - wersje na żywo tego kawałka nieustannie się zmieniają, obecnie zespół robi pauzę przed ''mostkiem'', a Amy sama wykonuje partię mówioną, którą przecież od początku tak nienawidziła... Zespół zniknął ze sceny po bisie w postaci Dissapear.

Dla mnie bohaterem drugiego planu przez cały koncert był wspomniany perkusista Will Hunt. Facet nie tylko gra w widowiskowy sposób, ale też - a może przede wszystkim wnosi od siebie sporo pomysłów do poszczególnych utworów. W ten sposób dzięki dodanym partiom perkusji sporo zyskały Call Me When You Are A Sober czy Imaginary, a Made Of Stone brzmi jakby było napisane szczególnie pod niego.
Amy Lee dzielnie stara się by utrzymać ten statek na powierzchni i choć od lat wydaje się, iż walka z dziurą w pokładzie, którą swym odejściem wyrąbał Ben Moody skazana jest na porażkę to Evanescence chyba nabrało teraz większy haust powietrza w mocne płuca Amy. I choć funkcja kapitana zespołu jest niezagrożona to oprócz uzdolnionego sternika, jakim jest niewątpliwie Will Hunt przydałoby się jeszcze mieć na pokładzie lepsze wiosła...

Evanescence
fot. Mariusz Kapcia

P.S. Jako support wystąpił wystraszony i zdenerwowany swą rolą zespół Strażacy wykonujący najprościej mówiąc rocka z rapowanym wokalem. Niewiele zrozumiałem z tekstów, nie wiem czy z winy dykcji wokalisty czy nagłośnienia ale pod względem gitarowym wstydu nie było.

Rafał Krzemiński