21-04-2017

king

Wrocław

Klub Firlej

60 zł

70 zł


Klub Firlej
Grabiszyńska 56
Wrocław

KING DUDE DRAB MAJESTY THEM PULP CRIMINALS we Wrocławiu (relacja)

W piątkowy wieczór wypada poluzować krawat, odpocząć po całym tygodniu bycia przykładnym obywatelem i zaszaleć. Wyjść na miasto, głosić, że Lucyfer jest miłością, mruczeć o seksie z kiepem w ustach i butelką whisky w rękach oraz cieszyć się z towarzystwa androgenicznego chłopca o pastelowych włosach, który pyta, czy naprawdę chcesz umrzeć. Tak było 21 kwietnia we wrocławskim Firleju.

Król Koleś sam nie pamiętał, który to już raz wylądował w Polsce, trzeci czy czwarty. Kłócił się zażarcie i wyzywał w komiczny sposób z fanami w klubie podczas piątkowego koncertu, a prawdą jest, że Król 21 kwietnia uraczył Polaków swoim towarzystwem po raz czwarty. Przytargał ze sobą z Los Angeles jednoosobowy projekt Drab Majesty prowadzony oficjalnie przez Deb Demure’a. Otwarciem bram dla Króla zajął się polski dwuosobowy zespół Them Pulp Criminals - kolaboracja Tymka Jędrzejczyka z Ragehammer i instrumentalisty Igora Herzyka.

them
fot. THEM PULP CRIMINALS, Wrocław, Agata Cykof

To, że Lucyfer jest miłością Polska usłyszała 12 sierpnia 2016 roku, kiedy Them Pulp Criminals wydali swoją pierwszą płytę. Przyjęta ciepło, jako jedno z brakujących ogniw na polskim rynku muzycznym, klimatem wzorowo wpasowująca się w gig King Dude’a. Pokłosie Johny’ego Casha wyraźnie jest słyszalne właśnie na albumie, ale to co Kryminalni zaprezentowali w klubie różniło się od materiału stworzonego w zaciszu domowym. Osłuchana z „Lucifer Is Love” spodziewałam się nostalgicznego śpiewu, okopconego dymem papierosowym pod plumkającą gitarę i szeleszczącą perkusję… a tu psikus. Dostałam cios energii wokalisty i żywiołową, profesjonalną grę nie młodego, acz pełnego wigoru perkusisty, Macieja Buffa. Poza przedstawianiem materiału z debiutu i coverami (świetny wykon The Doors „My Eyes Have Seen You” ), panowie zaprezentowali po raz pierwszy dwa nowe utwory, które na tle „Jack Torrance” , „Ballad of a Highway Spirit” , czy „(Don’t Burry Me In) Sacred Ground” , zabrzmiały niebywale obiecująco. Klimatem postanowili wyjść z zawiesin dymu tytoniowego i wsiąść w starego cadilaca na amerykańskiej Rout 66. Jest na co czekać.

them
fot. THEM PULP CRIMINALS, Wrocław, Agata Cykof

Pomiędzy jednym stanem Ameryki, a drugim wkradł się Bolków. Bo oto weszli Drab Majesty, w kłębach dymu, ze smutnymi, namalowanymi twarzami i smętnymi dźwiękami charakterystycznymi dla nurtu darkwave, gothic i post-punku. Deb Demure w makijażu porcelanowej lalki promował swoją najnowszą płytę „The Demonstration” , wydaną w tym roku. Płyta sama w sobie jest wyważona, porywa klimatem i melancholią lat 80., jednak nie jestem do końca przekonana, czy to dobrze dobrany support pod Króla. Muzycy wczuli się w swój elektroniczno-mechaniczny klimat, zagrali z pasją, co dotarło do mnie szczególnie podczas wykonywania przez nich „39 by Design” , singla promującego najnowsze dzieło.

drab
fot. DRAB MAJESTY, Wrocław, Agata Cykof

Oto nadeszła pobożna 21:37, zgasły światła i wyszedł na środek elegancki mężczyzna w czarnej koszuli, niczym pastor. King Dude rozpoczął jazdę swoim muzycznym karawanem, najpierw łagodnie, kulturalnie, by przejść do hitów. Przyjechał promować swój ostatni album o krótkim, acz intensywnym tytule „Sex” , ale dostaliśmy też „I Wanna Die At 69” , mocne „Death Won’t Take Me” , czy „Fear Is All You Know” . Ludzie krzyczeli o „Jesus In The Courtyard” , żeby zaraz po nim Król zrobił nam dobrze „Silver Crucifix” . Oczywiście nie były to pieśni pod rząd, bo padlibyśmy tam trupem z szaleństwa, jakie serwował nam Koleś ze Stanów. Król wyhamowywał „Deal With The Devil” i „Our Love Will Carry On” z najnowszej płyty, żeby zaraz potem uderzyć fenomenalnym hitem „Sex Dungeon (USA)” .

king
fot. KING DUDE, Wrocław, Agata Cykof

Osobowość Kinga Dude’a w połączeniu z muzyką, jaką tworzy, daje tak intensywne bodźce, że nawet dla fana ortodoksyjnego metalu jest to coś przeszywającego. W kontakcie z publiką Król czuje się lekko, jak wodzirej na oficjalnej dyskotece, nie szczędzi pogadanek lub sympatycznych wyzwisk z publiką. Jego impresywność porywa tłumy, rządził nami jak chciał – to nas rozrywając przy szybszych utworach, albo wprawiając w bujanie się i tańce-przytulańce na wolniejszych, dekadenckich kawałkach. Zaskakującym był dla mnie fakt, że wokal King Dude nie różni się w ogóle od tego, co prezentuje w sterylnych, studyjnych warunkach. Sto procent prawdziwości, nawet gdy pod koniec koncertu szpanersko zapalił papierosa i pociągnął Jim Beama. Dokonując bisu, Król zaprezentował kolaborację z Deb Demurem, wykonawszy na modłę nie-świętej pamięci Petera Steela „Who Taught You How To Love”. Drab Majesty na gitarze, tonami new wave wpasowywał się w lament King Dude’a, jak smutny, melancholijny seks w tylne siedzenie starego samochodu jakiegoś Teksańczyka.

king
fot. KING DUDE, Wrocław, Agata Cykof

Po tym wieczorze każdy powinien wyjść z Firleja z żelaznym postanowieniem: nigdy nie opuszczę żadnego koncertu King Dude’a w Polsce. Zaliczę chociaż jeden, bo to mój perwersyjny obowiązek dla duszy i ciała.

dude
fot. KING DUDE, Wrocław, Agata Cykof

I takie małe post scriptum, jako refleksja na fali ostatnich wydarzeń muzycznych w Polsce, klimatycznie bliskie King Dude’owi: niestety nikt nie podrobi Króla. Żaden wokalista death metalowej kapeli tego nie przebije, nawet jeśli weźmie starego jak huba Anglika i zatrudni mroczne, dziecięce chórki. Diabeł jest tylko jeden i mieszka w Ameryce.

Relacja: Malwina Sikora