14-10-2017

a372

Wrocław

Klub Firlej

Start
19:00

70 zł

110 zł


Klub Firlej
Grabiszyńska 56
Wrocław

Lucifer’s Friend i Lizard zagrali we Wrocławiu. Relacja.

John Lawton, wokalista Lucifer’s Friend był chyba zawsze bardzo zajętym osobnikiem, który czasem wydawał i po 6-7 płyt rocznie, więc mimo przyznania się do ukończenia 71 lat zachował sporą werwę, jeszcze większe poczucie humoru, a w dodatku wcale nie wygląda na wyleniałego rockera, ozdabiającego okładkę wydanej 44 lata temu płyty „I'm Just a Rock'n'Roll Singer”. Wszystko to bardzo mu się przydało w trakcie występu w Firleju. Wprawdzie na koncert zawitało jedynie około 100 osób, ale widownia rekompensowała sobie liczebność aktywnością.

Tak naprawdę do pierwszej wizyty zespołu w Polsce, na trzech koncertach, doszło głównie za sprawą Damiana Bydlińskiego, wokalisty Lizard, który określił się mianem psychofana LF. Zespół ponoć specjalnie dla niego przywiózł swoje winyle i szkoda tylko, że nie wziął ich więcej, bo chętni na zakup byli. Tenże wokalista ponoć tak bardzo chciał zobaczyć swój ukochany zespół., że namówił organizatora do ich ściągnięcia. Nie dziwię się, kto nie chciał by zagrać jak suport dla kapeli tak wiele dla niego znaczącej?

LIZARD ostatnim razem widziałem w lutym, kiedy to supportowali Wishbone Ash i choć nie porwali mnie, to był to całkiem zacny set. Tym razem postanowili sprawić słuchaczom niespodziankę i niemal cały ich występ wypełniał odegrany w całości nowy album „Half-Live” .

Płyta to, jak się okazało, ciekawie pomyślana i sporo się na niej dzieje. Nie było 20-minutowych pasaży, wręcz przeciwnie stopień zmienności był dość wysoki. Miałem wręcz wrażenie, że całość składa się z kilkuminutowych klocków i ambicją zespołu jest właśnie jak największe urozmaicenie, jako że rozrzut wykorzystanych motywów i stylistyk był dość znaczny. Poza dynamicznymi prog rockowymi, pojawiały się także motywy jazzujące, czy nawet hard rockowe, często dynamiką wyraźnie przypominające mi ścieżki dźwiękowe do filmów o najsławniejszym agencie Jej Królewskiej Mości. I tylko gdzieś w połowie płyty, kiedy na tle klawiszy wokalista próbował wyciągać wysoko w klimatach poezji śpiewanej uznałem, że nie powinien był. Zdecydowanie nie powinien.

815c
fot. Lizard, Wrocław, Andrzej Olechnowski

Podobnie nie najlepiej wychodziło mu Niemenowskie wyciąganie na początku koncertu nawiązujące do utworu „Dziwny jest ten świat” . Znalazło się też miejsce na dwa pierwsze utwory z krążka „Psychopuls” . Poza drobnymi wpadkami całość kleiła się zdecydowanie dobrze. Moim zdaniem znacznie lepiej niż wspomniany wcześniej koncert przekrojowy. A to chyba dobrze wróży nowemu krążkowi i pozwoliło zespołowi zagrać bis, na który jak nieskromnie przyznali byli przygotowani.

4887
fot. Lucifer's Friend, Wrocław, Andrzej Olechnowski

Po 50 minutach przerwy, na scenę wyszli panowie z Lucifer's Friend. Bardzo pozytywnym zaskoczeniem był fakt, że koncert LF trwał półtorej godziny, w trakcie którego to czasu znalazło się 16 utworów, w tym 2 bisy. A był też czas na pogawędki z fanami, chwilami lekko surrealistyczne, tak że po jednym z utworów John skomentował jednego z fanów „Nie wiem co on pił, ale ja też chcę” , a później musiał wręcz przerwać widowni stwierdzając, że to jego show. A na koniec wzruszył się tak, że chyba nawet uronił jakąś łzę. Nic dziwnego, sprzężenie zwrotne pomiędzy zespołem, a widownią dało dobry koncert, którego setlista w znacznym stopniu przypominała tegoroczny występ Johna i kumpli na Sweden Rock Festiwal.

Poczynając od pochodzącego ze składanki „Awakening” dynamicznego, Santanowskiego „Pray” aż po ironiczny „Rock'n'Roll Singer” koncert skrzył się od hiciorów z różnych epok działalności zespołu. Czy można nie nucić takiego „Fire and Rain” ? LF ponoć mieli być niemiecką odpowiedzią na Black Sabbath, ale na debiucie osobiście wyraźniej słyszę Led Zeppelin i dobrym przykładem na to „In the Time of Job” . Dla odmiany pochodzący z tego samego krążka kolejny w zestawie „Keep Goin'” zdecydowanie bliższy jest Deep Purple. Po drodze ominęli często wykonywany „Sea of Promises” i widać było, że przynajmniej niektórzy świadomi byli tego faktu. Czy ktoś jeszcze chodzi na koncerty nie sprawdziwszy wcześniej zestawu na Setlist.fm? Mi się zdarza, choć tym razem nie będąc fanem zespołu wolałem być przygotowany.

A później dalej jeden skoczny i dynamiczny cios za drugim. „Hey Driver” , przy którym John wciągnął publiczność do wspólnego śpiewania tytułowej frazy. „Riding High” , choć ten zapewnił lekkie wyciszenie za sprawą solo gitarowego przed oraz klawiszowego po. Mała sekcja z albumu „Mind Exploding” z 1976 roku, czyli „Moonshine Rider” oraz (mała niespodzianka) „Fugitive” , a także kolejna z nowej, wydanej przez własną wytwórnię zespołu „Too Late to Hate” , czyli „Demolition Man” (powiało soft metalem lat 80-tych) i „When You're Gone” . A po drodze jeszcze kolejna wizyta w odległej przeszłości – nostalgiczne, balladowe „Burning Ships” (niedwuznacznie przypominająca „Sailing” Roda Stewarda”, które jest o 3 lata PÓŹNIEJSZE) i „Ride in the Sky” (ach ten cytat z „Immigrant Song” Led Zeppelin!). Myślę, że mieszanka dobrze oddawała eklektyczny i zróżnicowany charakter ich muzyki.

47a9
fot. Lucifer's Friend, Wrocław, Andrzej Olechnowski

Przyznam, że idąc na koncert nastawiłem się na zakup jakiejś płyty zespołu, w końcu autografy na czymś trzeba zebrać, nieprawdaż? A tu niespodzianka na miarę niedawnego koncertu Blood Incantation – płyt brak. Ponoć zeszły na wcześniejszych koncertach. Smuteczek, który w niewielkim stopniu rekompensują podpisy na kolekcjonerskim bilecie. I to był jedyny drobny zgrzyt w tej wcale udanej imprezie.

Paweł Domino