20-08-2016

Decapitated

Metal Mine Festival 2016 (relacja)

W sobotę 20. sierpnia porzuciliśmy pracę, domy, rodziny i pognaliśmy do Wałbrzycha na najlepsze wydarzenie kulturalne, jakie tylko temu miastu mogło się przytrafić - czyli festiwal metalowy z prawdziwego zdarzenia. Profesjonalnie zorganizowany, z zacnym składem zespołów i doskonale zlokalizowany. I co najważniejsze, mający przyszłość, bo spotkał się ze sporym zainteresowaniem, gdyż frekwencja dopisała, co w Polsce nie zawsze jest taką oczywistością.

Lubię scenerię Wałbrzycha. Surową, przemysłową, robotniczą. Dookoła wyrastają szare blokowiska, upadłe fabryki, ruiny i liczne pozostałości po PRL-u, ale na tle Zamku Książ, projektu Riese, legend o zakopanych pociągach i skarbach, a wszystko to żyje i oddycha w otoczeniu gór i lasów tak samo złowrogich, jak dzielnice, w których lepiej nie pojawiać się nocą. W Wałbrzychu działa kilka świetnych restauracji i klubów (do niedawna był też klub sctrite metalowy), Filharmonia Sudecka, Teatr Dramatyczny i agencja koncertowa Aplauz Planet, która na potrzeby tamtejszego rynku jest w stanie solidnie organizować muzyczne imprezy. Te aspekty powodują, że z jednej strony industrialny, ale z drugiej bardzo ludzki Wałbrzych zaczyna jawić się, jako naprawdę egzotyczne miejsce na polskiej mapie, takie wręcz… Metalowe. Więc wszystko wskazuje na to, że zrobienie festiwalu metalowego przez Aplauz było tylko kwestią czasu, która szczęśliwie doszła do skutku w ubiegłą sobotę.

Metal Mine

fot. Krzysztof Wakor

A była to sobota ciepła i słoneczna. W to nieciekawe lato pogoda tego dnia dopisała, jak nigdy. Metal Mine odbył się na dziedzińcu Starej Kopalni – Centrum Nauki i Sztuki, jak brzmi pełna nazwa obiektu, który w rzeczywistości faktycznie jest odremontowaną, zabytkową kopalnią węgla zamienioną w obiekt muzealny. Samo wejście do Starej Kopalni robi odhumanizowane wrażenie, wszędzie beton, maszyny, hale. Przeszedłem bramki i moim oczom ukazał się tak radujący widok, jakim może być tylko wielka i wysoka scena, na której grał już strzegomski Disorder. Dźwięk, akustyka, nagłośnienie od początku do końca festu były perfekcyjne, wysokiej jakości sprzęt, ale też betonowe otoczenie zrobiły swoje. Plac podzielono na dwie strefy, pierwszą pod sceną, gdzie zgodnie z bezsensownym prawem obowiązywał zakaz picia piwa (czy poważnie nikt rządzący tym krajem nie może chociaż raz zobaczyć, jak wygląda to w Czechach?) i drugą: wysypaną piaskiem plażę i zaopatrzoną w leżaki, na których spokojnie można było leżeć, sączyć pysznego Primatora i oglądać pokaźny zestaw kapel.

Niestety nie mieliśmy z fotografem Krzysztofem okazji zobaczenia rozpoczynającego Warbell, bo grał w porze, gdy dopiero mogliśmy się zacząć bezpiecznie ewakuować z pracy. Straszna szkoda, bo Warbell z Karoliną Gigi na wokalu jest na Dolnym Śląsku ozdobą wielu imprez, tym bardziej, że są jeszcze świeżo po premierze dużej płyty ze sporą ilością melodyjnego death metalu, takiego najbardziej w stylu Arch Enemy, w których wiara znów mi powróciła po obejrzeniu ich teraz na Wacken i na Brutal Assault. Niestety, bywa.

Disorder scenicznie najbardziej zainspirowany okładką EP-ki Sodom „In The Sign Of Evil” z miejsca przywalił potężną dawką death metalu opatrzoną katowskim kapturem. Siermiężne, brutalne riffy momentami faktycznie przywodziły na myśl walenie toporem o pniak. Jako następna na scenie zainstalowała się załoga z Białegostoku, czyli CINIS nadal promujący swój ostatni LP „Subterranean Antiquity”. Tym razem zabrzmiał również death metal, tylko nieco mniej dziki, a bardziej techniczny, żeby nie zbluźnić „cywilizowany”.

Metal Mine

fot. Krzysztof Wakor

Rozczarowaniem był odwołany w ostatniej chwili występ Obscure Sphinx, którego logo błyskiem dawało po oczach z plakatów promujących Metal Mine. Obscure Sphinx to jeden z najciekawszych polskich zespołów ostatnich lat. Nie dojechał z powodu wypadku i kontuzji perkusisty (informacja z oficjalnej strony grupy). Szkoda, ale na szybko zostali zastąpieni wrocławskim The Sixpounder. Marką znaną i profesjonalną, muzycznie przez jednych cenioną, przez innych nieco mniej, ale co zrobić. Zagrali spontaniczny, dobry set zastępczy, który po death metalowych zakapiorach można było potraktować, jako chwilę relaksu.

Potem przyszedł moment na najdziwniejszy, ale i też na swój sposób śmieszny show. Przez moment zwątpiłem patrząc w rozpiskę godzinową (kiedy to czasowo impreza trochę się rozjechała) i na to, co wyprawia się na scenie. „Machete Justice”? Co to za wynalazek? No tak, to nie nazwa zespołu, tylko przecież tytuł ostatniej płyty Terrordome, co w porę (albo i nie w porę) zreflektowałem. „Oni są chyba źle nagłośnieni albo tak grają” – sprytnie zauważył kolega Jarosław stojący obok. Jasne, że tak grają! A niby, jak ma brzmieć chamski thrash żywcem wyciągnięty z czeskiego festiwalu Obscene Extreme, który chłopcy z takim rozrzewnieniem w Wałbrzychu wspominali. Było to bardzo żywiołowa i wesoła dawka crossu.

I przyszedł czas na wściekle black thrash metalowy Bloodthirst. Zaległości jakieś mam, bo ostatni raz zespół zdarzyło mi się oglądać w 2012 roku na wspólnej trasie z Furią, ale tu było bardzo podobnie – diabelski thrash ku chwale rogatemu, bezkompromisowy, ze starymi tradycjami (Venom!), czyli możliwie jak najlepiej się w tym gatunku da.

Metal Mine

fot. Krzysztof Wakor

Tortharry – 25 lat na scenie, 8 albumów studyjnych, współorganizator festiwalu MetalGate Czech Death Fest. Jednym słowem ikona, która do tego swoją siedzibę ma kilka km od polskiej granicy. I taka sława swoją obecnością Metal Mine zaszczyciła 50. minutową ofensywą.

Na tle tych wszystkich brutalnych, metalowych zespołów Illusion wydawał się wyrwany zupełnie z innej bajki. Zespół w zmierzchłych latach 90. był odpowiedzią na ówczesne amerykańskie granie z serii grunge. Potem ta formuła się wyczerpała, zostały archaiczne wokale i konwencja tekstów, którą z uporem maniaka kontynuuje do dziś chyba tylko Coma… Illusion powrócił po latach, jako atrakcja na kilka koncertów, a został na stałe i regularnie. Oglądałem Illusion ze szczyptą sceptycyzmu, ale w sumie po jakimś czasie odpuściłem opory – „Illusion 4 - Bolilol Tour” to była taka licealna kaseta krążąca po szkole, przegrywana ze sztuki na sztukę i w sumie Lipa z kolegami odtworzyli jej zawartość, co występowi nadało dla mnie dosyć sentymentalny charakter. Pod koniec koncertu na scenę wyszli Vogg i Rasta z Dacapitated i razem zagrali „Nóż”. Powiało taką Panterą, że sam Dimebag Darrell by pobłogosławił swoje dziedzictwo, a Phil Anselmo z pewnością wychylił niejednego kielicha za zdrowie chłopaków. Owacje na stojąco w każdym razie się należały.

Headlinerem był Decapitated. Pomijając nisze, w świecie znane są tylko 4 polskie, metalowe kapele, czyli dość mocno oldschoolowy Vader, Behemoth, który ostatnio zamiast koncertów zainwestował w sztuki teatralne, bardzo introwertyczna Mgła oraz Decapitated, gdzie goście po prostu wychodzą na scenę i odpalają metalową maszynę śmierci. Nie wiem, czy da się teraz grać jeszcze ciężej, szybciej, z większą precyzją niż Decapy, przy czym z takim fajnym feelingiem. Set zdominował materiał z dwóch ostatnich płyt, czyli „Blood Mantra” i „Carnival Is Forever”. Jedyne do czego można się doczepić to… na dłuższą metę męcząca jest to forma. Metal nie powinien być ani za prosty, ani zbyt przekombinowany, natomiast Decapitated odleciał w stronę Szwecji (Meshuggah) zamiast czasami zwyczajnie przywalić prostym riffem. Na Decapitated kolejny raz zadziałała magia Starej Kopalni - niedawno oglądałem ich w klubie, gdzie zetknąłem się ze ścianą zlanego dźwięku (w domyśle huku), a tutaj wszystko było słychać selektywnie i klarownie, jakość płyty kompaktowej odtwarzanej w domu.

Metal Mine

fot. Krzysztof Wakor

Imprezę zakończyli miejscowi, czyli wałbrzyska odpowiedź końca lat 90. na Dimmu Borgir i Emperor - Luna Ad Noctum. Nie było lepszej kapeli na finał, po ciężkim i inwazyjnym Decapitated przy Lunie w środku nocy można się było wysadzić w inny wymiar, co też uczyniłem na plaży pod palmą. Tylko nie wiem, czy na koniec zagrali tradycyjnie covery Kata i Samael, gdyż finału już nie dotrwaliśmy.

Metal Mine w tym miejscu ma szansę stać się festiwalem na miarę Metalmanii. Przecież tam normalnie mógłby grać Deicide, Cannibal Corpse, Marduk, setka innych kapel, na które przyjechaliby ludzie zewsząd (właśnie się rozmarzyłem). Ta edycja miała kilka niedociągnięć (jak w końcu każda pierwsza): brak opasek, które umożliwiały uczestnikom koncertu swobodne wychodzenie i wracanie na fest, catering też zostawił sporo do życzenia - nieważne, to jest akurat do nadrobienia, ale cała reszta organizacyjnie była z najwyżej póły, dlatego trzymamy kciuki za drugą edycję, która obowiązkowo musi się odbyć!

Autor: Paweł Kuncewicz

Powiązane: