22-04-2017

samael

Katowice

Spodek

Start
10:00

150 zł

355 zł


Spodek
Al. Korfantego 35
Katowice

METALMANIA - zapraszamy do przeczytania relacji!

Obiecałem sobie obejrzeć wszystkie koncerty, chociaż fragmentarycznie. Okazało się to niemożliwe, bowiem na wskrzeszonej Metalmanii AD 2017, przynajmniej wizerunkowo najważniejszym kiedyś festiwalu w polskich dziejach metalu, wydarzyło się tyle w większości fajnych rzeczy, że musiałby człowiek wejść w tryb robota, żeby to wszystko ogarnąć, jak Diabeł przykazał. W ciągu tego maratonu zobaczyłem w sumie 18 występów, które odbyły się w ramach przeglądu piosenki masochistycznej, czyli dość sporo, jak na jeden dzień. Zapraszam do przeczytania relacji z Metalmanii!

Od początku – ostatnia edycja Metalmanii odbyła się w 2008 roku. Byłem na niej i gdy wracają wspomnienia, odnoszę wrażenie, że był to inny świat. Pozbawiony internetów w telefonach, przez co ludzie na korytarzu Spodka częściej rozmawiali, poznawali się, zawiązując nieraz ciekawe znajomości. Polacy nie bujali się jeszcze wtedy na masową skalę po dużych, zagranicznych festiwalach, więc wyobrażenia o naszym rodzimym wytworze firmy Metal Mind Production też mieliśmy inne. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że organizacyjnie Metalmania tkwi głęboko w swoich początkach, czyli w PRL-u. Zresztą, mogła sobie tak funkcjonować, nikomu to nie przeszkadzało, bo impreza sama w sobie zawsze była sympatyczna, ale była też i wydarzeniem, na które się czekało miesiącami, jechało dzień wcześniej, a każda wyprawa na nią okazywała się jedną, wielką przygodą. Wreszcie z jakichś powodów coroczny zjazd w Katowicach przestał się kalkulować. Minęło długich 8 lat i stało się – w 2016 roku usłyszeliśmy hasło 'Metalmania-reaktywacja'. To zmartwychwstanie wywołało kontrowersje, zresztą całkowicie zbędne. Tu skład jak sprzed dekady, tam brak mocnego headlinera, wreszcie jakieś zamieszanie z rzekomym opłacaniem przez zespoły możliwości zagrania na małej scenie. Kurczę, co ja bym dał, żeby polska publika metalowa wreszcie po prostu kupowała bilety i chodziła słuchać muzyki, zamiast ciągle szukać dziury w całym i komentować to po facebookach.

mord
fot. Mord'A'Stigmata, Metalmania, Henryk Michaluk

Do Spodka dotarliśmy, gdy małą scenę kończył rozsmarowywać Stillborn. Po korytarzu roznosiły się miło solidne death metalowe wyziewy z głębi jakiegoś rozkopanego niedawno grobu, czyli coś bardzo w stylu tej załogi. Usiedliśmy przy stoliku i zamówiliśmy śniadanie, które pojawiło się w formie zapiekanki o konsystencji zupy oraz zielonej parówki w bułce, na której można było połamać zęby. Szczęśliwie w tym roku organizatorzy zezwolili na dowolne opuszczanie i powracanie na teren obiektu, bo generalnie gdyby nie ta opcja, to byłoby cateringowo słabo. Nieszczęśliwie za to, nie pomyśleli o różnych kolorach opasek upoważniających do wejścia na płytę lub trybuny. To zaowocowało wzmożoną, upierdliwą wręcz kontrolą cieciów z latarkami przy KAŻDYM wejściu na płytę, co robiło niepotrzebne zamieszanie. A przecież takie problemy na innych festiwalach już dawno temu dzielnie zostały zwalczone. Tylko czekałem na płacze z serii „co mam robić, jak zgubiłem bilet”, które mnie oczywiście dobiegły za którymś razem przy bramce.

W porównaniu z 2008 rokiem i wcześniejszymi edycjami było zdecydowanie więcej merchu (ale tu zaliczono kolejną wtopę, bo skądinąd udana koszulka festiwalowa skończyła się w trzeciej godzinie trwania Metalmanii. Ja rozumiem, że limitowana edycja, ale nie trzeba było robić od razu kilku sztuk?) i paru dodatkowych atrakcji typu: premiera książki „Zgniła zieleń” o przygodach wiecznie żywego w naszych sercach Petera Steela czy spotkanie z Romanem Kostrzewskim. Ale wróćmy do muzyki i koncertów, bo jakby nie patrzeć, to one są tutaj najistotniejsze.

Czy jestem odosobniony w odczuciu, że mała scena z całą reprezentacją pierwszej ligi polskiej ekstremy była momentami ciekawsza, niż to co działo się w samej hali? Przed laty takich tłumów nie było w korytarzu usilnie pozasłanianym schodami, co znowu powodowało pewien dyskomfort przy oglądaniu koncertów. Więc był thrashowy ThermiT i In Twilight's Embrace, który obecnie leci „Szwecją najlepszych lat” (niestety los okrutnie obszedł się z ich nagłośnieniem). Mord'A'Stigmata nadal promowała swój „Hope” będący jedną z ambitniejszych, metalowych propozycji tego roku. Na Infernal War tylko salwy z kałachów walącej w rytm perkusji zabrakło do ostatecznego dobicia publiczności. Najbardziej światowy z tego towarzystwa Obscure Sphinx – cóż, wcześniej były koncerty, tu zaczęła się wielka sztuka post-doom-sludge’u w wykonaniu Wielebnej. W tym wypadku naprawdę szkoda, że nie na dużej scenie, bo OS rokuje na gwiazdę większego formatu.

Za to fajnie, że w finale Impaled Nazarene wylądowali w korytarzu, nie w hali, gdzie byli na początku zapowiedzeni. Akustyka zostawiała tam wiele do życzenia, ale za to, jak to w klubach było stosowniejsze, bardziej chamskie nagłośnienie do black metalowej oprawy w tym wypadku okupowanej raczej morzami wypitego alkoholu, co sprawiło że Finowie odprawili wesoły, piekielny rytuał. Do snu ukołysała Entropia swoimi postami, ale zanim to nastąpiło, wystąpił zespół z zupełnie innej bajki, który z ekstremalnym undergroundem ma tyle wspólnego, co Sabaton z paleniem kościołów. Zagrało Ceti. I wiecie co? Gdyby parę osób na tym świecie pozbawić dostępu do internetu, to byłby to seryjnie niczym niezakłócony, nieco zabawny, heavy metalowy i profesjonalnie zagrany koncert.

metalm
fot. Sinister, Metalmania, Henryk Michaluk

Duża scena: zaczęliśmy od weteranów z Tygers Of Pan Tang i zdumiewających pustek pod sceną. Ja rozumiem, że nigdy nie był to jakiś specjalnie popularny zespół, ale bez przesady, żeby ruszyło się na nich kilkadziesiąt osób? Tym większy żal, bo niby starsza załoga z lat 70/80, ale dali porywający heavy-hard koncert z cyklu „Saxon na sterydach” ze wszystkimi swoimi największymi hiciorami w pakiecie. Holenderski Sinister, jako pierwszy tego dnia pokazał, że wypełnienie masywnym death metalem Spodka wcale nie jest prostym wyczynem, zresztą techniczni jeszcze parę razy polegli (chyba najbardziej przy Vader). Wiem, że Arcturus jest specyficzny i ma tyle samo fanów, jak i wrogów, ale na żywo ta awangarda z piszczącym wokalem jakoś do mnie nie przemawiała. Z płyt słuchało się tego wiele lepiej.

metalm
fot. Tygers Of Pan Tang, Metalmania, Henryk Michaluk

Wróciliśmy na Entombed AD – a tutaj stara sztuczka. Wiadomo, że załoga LG Petrova dawno przestała straszyć cmentarnymi opowieściami na rzecz tradycyjnego, rock’n’rollowego podejścia upiększanego aparycją Petrova, który tu się osmarka, tam beknie i gdzieniegdzie coś mu uleci, ale gdy w setliście pojawia się materiał z „Left Hand Path” i „Clandestine” – kapela ze swoim naturalnym i mięsistym, jak podwawelska brzmieniem nadal nie ma sobie równych na tym podwórku. Tak było i tym razem.

Vader przyozdobił dużą scenę banerem w postaci okładki „The Empire”. Peter, Pająk, Hal i James wystartowali od „Wings” w znacznej mierze odegranego przez problemy techniczne na pół gitar i perkusję. Dźwięk poprawił się przy zaprezentowanym prawie w całości debiucie „The Ultimate Incantation”, który właśnie zaczął obchodzić swoje 25.lecie i w jubileuszowej formie będzie prezentowany w komplecie także na jesiennej trasie. Wyrównali na koniec klasyką, w tym „Sothis” i „Carnal”. Obecny skład Vader trzyma poziom, chociaż brakuje mi tej dzikości i brutalności z dawnych czasów, ale może też i nie o to teraz w tym wszystkim dzisiaj chodzi.

metalm
fot. Moonspell, Metalmania, Henryk Michaluk

Kiedy odpala się stare metalmaniowe DVD, coś od razu rzuca się w oczy – światło, a właściwie jego brak. Czarno, jak w grobowcu w tej hali, a sama scena dość ascetycznie doświetlana jest kilkoma kolorami. Lata poleciały, a ten stan nadal się utrzymał w najlepsze. Tego wieczoru zmogły go tylko dwa zespoły – Moonspell i Samael, czyli obok Vadera stali bywalcy festiwalu, który w Polsce ich wypromował niemal do tego stopnia, że wracają tu, jak do siebie do domu i robią to dosyć często. Uwielbiany Moonspell tym razem zaprezentował materiał z dwóch swoich klasycznych albumów – „Irreligious”, który zabrzmiał w ponad ¾ setu oraz „Wolfheart” reprezentowany przez „Wolfshade”, „Vampiria” i „Alma Mater”. Czyli kolejna podróż sentymentalna zespołu, do którego często i z przyjemnością się wraca w przeciwieństwie do Samael, który do końca zatracił się w klimatach techno-industrial-dyskotekowych. Jak na headlinera przystało, Samael postarał się i przygotował specjalne show z trzema telebimami w tle, eleganckim oświetleniem, również dłuższą setlistą, podobnie jak na ostatniej trasie klubowej w większości wypełnił ją materiał z „Ceremony Of Opposites” podany w tak ortodoksyjnie kontrowersyjnej, elektronicznej oprawie, jaka stawia pytanie, czy to jest jeszcze w ogóle metal? O ile zawsze byłem fanem np. takiego black-techno albumu, jak „Passage”, to nawet „Rain” czy „Shining Kingdom” pochodzące z niego, stawały pod tym znakiem zapytania.

metalm
fot. Samael, Metalmania, Henryk Michaluk

Przed Moonspell i Samael zagrał inny band ze Szwajcarii – kultowy Coroner (*kultowy, jeśli lubisz Voivod). Mroczny, techniczny thrash z krainy Toma G. Warriora nigdy nie był moją mocną stroną, więc napiszę tylko tyle, że koncert maniakom thrashu zdecydowanie się podobał tak samo, jak Sodom, którego niestety nie było mi dane obejrzeć tym razem. Bardziej niż Sodom, żałuję przegapienia o 11 rano Mentor, autorów ciekawego debiutu na polskiej scenie w ubiegłym roku.

Z prowadzenia imprezy wybrnął Łukasz Orbitowski. Z różnym skutkiem (zazwyczaj kolejkowym) funkcjonował kącik meet & greet, gdzie można było spotkać zespoły, zrobić sobie z nimi zdjęcie, wziąć autograf i zamienić parę słów ze swoimi idolami. Do Spodka dotarło ponad 3 tys. ludzi, co jak na mały, klimatyczny fest jest całkiem dobrym osiągnięciem. Niestety ta frekwencyjność drastycznie spadła w okolicach 1:30, gdy na scenę wyszła miejscowa, śląska Furia. Metal alternatywny w ich wykonaniu ze szczególnym uwzględnieniem materiału z „Księżyc milczy luty”, to jakiś kosmos i najlepsze z możliwych zakończenie wieczoru na festiwalu, na którym po prostu należało być.

metalm
fot. Furia, Metalmania, Henryk Michaluk

Relacja: Paweł Kuncewicz