25-06-2019

Kraków

Tauron Arena Kraków

Start
15:00

Tauron Arena Kraków
ul. Stanisława Lema 7
Kraków

MYSTIC FESTIVAL 2019 RELACJA

Już od przejścia bramek, w oczy rzucał się rozmach oraz zawodowa organizacja. Podział na dwie sceny plenerowe (bardzo dobrze nagłośnione) oraz scenę główną w Tauron Arenie. Dobrze zorganizowane kwestie gastronomiczne, duża ilość stoisk typowo piwnych, jak i doskonały pomysł zrobienia miasteczka jedzeniowo-browarowego. Nie było tu miejsca na amatorszczyznę, w końcu za festiwalem nie stali „entuzjaści ostrego grania z pazurem” tylko profesjonaliści w swoim fachu. Z oficjalnych danych wynikało, że sprzedało się ponad 80% karnetów, ale przestrzeń była tak dobrze zaaranżowana, że nie czuło się tłoku.

No to zaczynamy. Polski festiwal metalowy na europejskim poziomie? Sprawdźmy.

Mój pierwszy koncert to Eluveitie. Szwajcarzy to mój „guilty pleasure”. Wiadomo czego się spodziewać w końcu to pierwsza liga przystępnego folk metalu. Tym razem z uwagi na przeładowany program widziałem tylko kilka numerów i tak jak zawsze: jest profesjonalnie brzmienie, przekrojowa setlista zwieńczona szlagierowym „Inis Mona”, a przede wszystkim rozanielona w większości żeńska publika.
W przeciwieństwie do innego zespołu z plakietką folk metal, który zagrał później, nie mamy tu całej otoczki cepelii rodem ze skandynawskiej Gubałówki. Tak, podobało mi się i obawiam się, że znowu bym był do końca.

Następnie brazylijscy weterani z SOULFLY.
To była dla mnie największa niewiadoma pierwszego dnia festiwalu. Maxa Cavalerę zapamiętałem jako totalnie olewającego swój występ na Metalfeście w 2012. Od tamtej pory ich nie słuchałem. Upał blisko 40 stopniowy, scena w parku, godzina 17:45.

Na pierwszy ogień „The Summoning” z ostatniej płyty, o dziwo Cavalera daje radę! Poźniej mieliśmy podróż sentymentalną do pierwszego album. Na finał „Back to Primitive” i zbiorowe wyskoki przy „Jumpdafukup”. Mimo widocznego momentami łapania tchu, wokal był mocny i porwał publiczność (posłuszny przysiad i wyskok na finał). Maxie Cavalero zwracam honor i cieszę się z powrotu do formy.

Muszę przyznać, że sceny plenerowe były bardzo dobrze nagłośnione na każdym koncercie. Dlatego tym chętniej wybrałem się na Testament do hali.
Tu miało być kilka zdań o koncercie legendy, ale nie będzie. Chyba najbardziej zepsute nagłośnienie main stage. Asłuchalne brzmienie przypominające akustykę z wnętrza jednego z produktów działu sanitarnego Castoramy. (Jeden fakt. Testament nagłaśnia się w bardzo specyficzny sposób pt. „wszystkie gwizdki w górę”. Z tego powodu czasami można być zaskoczonym ich brzmieniem, które też nie zawsze uda się prawidłowo wyciągnąć. – przyp. red.)

Na odtrutkę weterani z amerykańskiego Possesed pokazali jak prawidłowo powinien brzmieć odlschoolowy death metal. Bezlitośnie, precyzyjnie z thrashowym polotem.

Na scenie w parku Powerwolf, dobrze brzmiący, a przy tym nie wyróżniający się niczym power metal. Czyli były symfoniczne wstawki, dużo klaskania oraz zadziwiająco duża rzesza fanów aktywnie uczestniczących.

Powrót do hali na main stage. Scena zdominowana przez wielki hełm wikinga, czyli mamy do czynienia z Amon Amarth. Już od pierwszych dźwięków „The Pursuit of Vikings” słychać było poprawę nagłośnienia. Oczywiście nie zabrakło ognia, dymu a nawet walczących ze sobą wojów. Koncert zwieńczył „Twilight of the thunder God” z refrenem odśpiewanym razem z publicznością. było również obowiązkowe machanie młotem Thora.

(O 21:15 na scenie shrine swój prawosławno metalowy recital zagrała podlaska grupa na B, widać było wyraźny spadek liczby publiczności w porównaniu do czasów sprzed słynnego rozłamu. tyle, kto zna ten wie. Kto nie zna, niewiele traci.)

Przedostatnim koncertem pierwszego dnia było In Flames na scenie w parku. Ze wszystkich koncertów plenerowych tego dnia to właśnie Szwedzi zgromadzili największą publiczność. 17 numerów odegrali dość gładko przy entuzjastycznej publiczności i na koniec, oczywiście, przebojowe „The End”.

Jeżeli przywozi się kilka tirów sprzętu, połowa backstage’u jest wyłącznie dla jednego zespołu, a co trzecia osoba na festiwalu ma na sobie jego koszulkę, to wiadomo z jakim kalibrem gwiazdy mamy do czynienia. Szczelnie wypełniona Tauron Arena już kilkanaście minut przed 23. Gdy tylko kurtyna z logiem SLIPKNOT, zniknęła i dotarły pierwsze dźwięki „People=Shit”, wiadomo już było jedno: te trzy zestawy bębnów miażdżą. Każdy dźwięk słyszalny wyraźnie. Najnowszy singiel „Unsainted” średnio mnie przekonał, za to na żywo miał niesamowitą moc. Corey Taylor porywa tłumy i angażuję się w stu procentach w to, co robi. Praktycznie każdy zagrany numer to hit, owszem zabrakło mi bardzo „Wait and Bleed”. Ale oglądanie ich na żywo i słuchanie „Psychosocial” „(sic)” czy nowszych utworów to czysta przyjemność i niesamowity ładunek energii. Na deser „Spit it Out” oraz „Surfacing” i z publiczności nie było już czego zbierać. Dziękuję, oto headliner całego festiwalu. Kurtyna.


fot. Henryk Michaluk, Slipknot

Drugi dzień zacząłem od HATEBREED, czyli: nowojorska szkoła hardcore’u w metalowym sosie. Pod sceną w parku mogłoby być więcej ludzi, ale ci najbardziej aktywni wiedzieli po co tam są. Przemoc, zniszczenie, siniaki, pod dyktando Jameyego Jasty. „In ashes they shall reap”, „Everyone bleeds now” czy „Destroy everything” zostały potraktowane dosłownie. W powietrzu unosił się kurz, łokcie i kolana .Tak powinna wyglądać zabawa na koncercie HC.

Na scenie shrine MUNICIPAL WASTE pokazało, jak powinien brzmieć oldschoolowy thrash metal, czyli szybko, z przytupem i totalnie bez napinki.

Kolejnym zespołem na który czekałem był CROWBAR. Jeżeli komuś się wydaję, że potrafi grać wolno, z przesterem i psychodelą ma rację: wydaje mu się. Prekursorzy sludge’u to walec. Powolny bez pośpiechu, miażdżący. Kirk Windstein to klasa sam w sobie, przejmujący sympatyczny wyjec o aparycji członka Hell’s Angels. Bass Todda Strange’a czuć było na każdym żebrze .Po prostu na tym koncercie wszystko się zgadzało: atmosfera, energia, brzmienie. Zagrany na finał „Like broken glass” idealnie zakończył ich występ. Muszę koniecznie zobaczyć ich znowu, najlepiej w jakimś ciemnej obskurnej knajpie. Po raz kolejny chylę czoła przed brzmieniem scen plenerowych.

Na scenie w parku, kulturalnie wyglądając intelektualista z brodą w okularach. Nad nim płachty z literą E. Tak proszę Państwa EMPEROR powrócił. To była podróż sentymentalna i spełnienie marzeń młodych metalowców z lat 90.Wszytko odegrane precyzyjnie, wściekle, jakby czas się cofnał. Gdy rozbrzmiewały „Ye Entrancemperium” czy „Ensorcelled by Khaos” zacząłem żałować pozbycia się koszulki z „Anthems to the Welkin at Dusk” .


fot. Henryk Michaluk, Emperor

Gdyby komuś mało było zła to idealnym dopełnieniem było IMMOLATION na scenie shrine. Grany przez nich death metal to czysty diabeł. Nienawistny, bezlitosny, pełny energii. Gdy zrobiło się ciemno dorośli faceci w średnim wieku wlepiali oczy w scenę w parku. Na niej pełnowymiarowa dekoracja przypominająca pomieszanie szpitala psychiatrycznego z starym dworem. Z małych drzwi w głębi sceny przy dźwiękach” St. Lucifer's Hospital” pojawił się KING DIAMOND. Na pierwszy ogień „The Candle” następnie „Voo Doo”. Wydaję się, że większość publiki czekała na intro „Funeral” co zapowiadało set z kultowej „Abigail” czyli „Arrival” oraz „A mansion in Darkness”.
Król rozpieścił też nowym, świetnie przyjętym „Masquerade of Madness”. Nie będę cytował całej setlisty bo i po co. Wyznawcy wiedzą, neofici znajdą w sieci. Headlinerem drugiego dnia nie byli grający później Szwedzi. Ten dzień a właściwie noc należała do Kima Petersena. Król jest jeden, to on rządził, rozsiewał obłęd i zachwyt. Kłaniamy się nisko.


fot. Henryk Michaluk, King Diamond

No to teraz ostatni zespół Mystic Festival. Mam z nimi problem, bo Sabaton to dla mnie taka metalowa pasza. Bardzo wypromowana, pięknie opakowana, ale totalnie bez smaku.

Od początku. Biała płachta, dźwięki intro do „Ghost division” podświetlone cienie muzyki. Jebut fajerwerki. I zaczęły się jasełka. Scena przypominała pole bitwy: armaty, perkusja na podstawie z działa (serio?) Następnie „Winged hussars” tak dobrze rozumiecie tytuł.

Później przekrój wszystkich konfliktów zbrojnych, jakie sobie zamarzycie. Było efekciarsko, były wstawki po polsku, picie piwa dla publiczności. Wybaczcie nigdy nie pojmę fenomenu. Przyjechali, postrzelali, odjechali.


fot. Henryk Michaluk, Sabaton

Po tych dwóch dniach wiemy już: „Mystic festiwal” był: bardzo profesjonalnie zorganizowany, dopięty na ostatni guzik, miał mocno różnorodny line up, jest bardzo potrzebny. Kolejna edycja jest już potwierdzona co bardzo cieszy i jestem ciekaw pierwszych ogłoszeń. Dziękuję za uwagę oddaje głos do studia.

Mariusz „Dwójka” Jasnopolski