24-03-2017

n1

NOCNY KOCHANEK we Wrocławiu! Zapraszamy do przeczytania relacji!

Bardzo lubię hard rock i klasyczny heavy metal. O ile obydwa gatunki umiejscowione są we właściwej sobie przestrzeni epokowej, czyli gdzieś w latach 70. i 80. Stare kapele, za którymi stoją wielkie koncerny i menagmenty jakoś trwają. Druga liga gdzieś przepadła w dziejach, a młode zespoły biorące się za nurt, w którym zrobiono już wszystko po kilka razy – zazwyczaj szybko i smutno kończą (i dobrze). Tymczasem Nocny Kochanek gra oldschool’heavy’rocka nie dość, że na wysokim poziomie, to jeszcze ma komplety wyprzedawanych tras. W czym tkwi fenomen? Zapraszam do przeczytania relacji z wrocławskiego koncertu.

Jest piątkowy wieczór, klub Zaklęte Rewiry, jakiś koniec Wrocławia. Fajne, przestronne miejsce z wieloma salami, korytarzami, mogące pomieścić duże tłumy, które np. tego dnia spłynęły w jego czeluści na koncert z naklejką „sold out”. Czeskie piwo za 7 zł zdecydowanie działa na jego korzyść, nagłośnienie niestety nie. Coś tam faktycznie nie oddycha, dusi się i jest płasko. Kilka minut po 19:30 na scenie instalują się supporty. Pierwszy sprofanował Motorhead z czasów, kiedy Lemmy jeszcze żył i Metallikę z lat, w których bilety na nią można było kupić w normalnym sklepie za 20 dolarów. Drugi chyba z założenia miał sprofanować sam siebie, co wyszło mu doskonale.

nk
fot. Nocny Kochanek, Wrocław, Marcin Goleń.

Był sobie zespół Night Mistress, który występował kiedyś kilka przecznic dalej we Wrocławiu w lokalu moich kolegów. Reszta historii jest powszechnie znana – po zmianie nazwy na Nocny Kochanek, co wiązało się ze spuszczeniem tonu na rubaszne teksty w ojczystym języku – band ów wydał płytę. Płytę momentami wręcz porywającą, wyprodukowaną w stylu współczesnych dokonań Accept, Iron Maiden, Judas Priest (nie, nie przesadzam, tak jest). Temat podparty sympatyczną kampanią promocyjną w „komercyjnie-rockowych” mediach zaowocował sukcesem – zasłużonym. Nocny Kochanek udowodnił coś niesamowitego – że w XXI wieku w Polsce można sprzedać aktualnie uchodzący za zgnuśniały, niemodny i hermetyczny gatunek, jakim jest heavy metal. Sprzedać, to jedna sprawa, propagować druga, bo przecież ile dzieciaków po lekturze NK łyknęło Dio, Black Sabbath czy Motorhead? Co lepsze, chłopcy w tym celu nie potrzebowali chałturzyć w Chinach, udzielać wywiadów w wątpliwej jakości webzinach, czy supportować jakieś dawno przebrzmiałe „gwiazdy”. Prócz kilku dobrych riffów i solówek, receptą okazał się sam pomysł z polskimi tekstami. Niektórych kłują one w uszy. A wiecie, że Kiss w naszym kraju przez ostatnich 40 lat uchodził za kabaret?

nk
fot. Nocny Kochanek, Wrocław, Marcin Goleń.

Piątunio, wstawiona publika w ilości wielu stówek, leci Iron Maiden z „Brave New World”. Na scenę wychodzi Nocny Kochanek. Zaczynają od „Poniedziałku” z drugiej i jeszcze świeżej płyty „Zdrajcy Metalu” (niestety mniej udanej od „jedynki”). Koncert grany jest bardzo profesjonalnie, zawodowo od początku do końca. Przy hicie „Dej mu” zbiera się młyn, jak za dawnych lat, pot kapie z sufitu, a element woodstockowo-studencki zaczyna przelewać się przez barierki. Tylko ściany śmierci na „Wielkim wojowniku” mi zabrakło. Świetnie wypada katowski „Zaplątany” i sabbathowy „Diabeł z piekła”. „Andżej” chyba wszedł już do kanonu imieninowego. Cover Budki Suflera? Był. Gratulacje dla dziewczyny („Dziewczyna z kebabem”?), która pokazała cycki do grupowego zdjęcia, naprawdę fajny i odważny motyw. Wyczerpujący set z w sumie 20 utworami w setliście.

nk
fot. Nocny Kochanek, Wrocław, Marcin Goleń.

Można nie trawić tej estetyki, stawiać sobie Nocnego Kochanka gdzieś między Steel Panther, a Spinal Tap, ale nie zmienia to faktu, że na żywo odwalają naprawdę solidną robotę, którą ludzie kupują w 100%. Jeśli w Polsce heavy metal przetrwa, to tylko dzięki nim i na ich warunkach. A koncert był naprawdę miło spędzonym czasem.

Paweł Kuncewicz

Powiązane: