11-05-2017

or

Praga

Futurum Music Bar

Start
20:00

200 koron

250 koron


Futurum Music Bar
Bar Zborovská 7
150 00 Praga
Czechy

Oranssi Pazuzu i Cobalt w Pradze. Relacja z koncertu.

Zanim morderczy duet Cobalt i Oranssi Pazuzu dotarł na trzy koncerty do Polski, mieliśmy okazję zobaczyć go dzień wcześniej w czeskiej Pradze na imprezie zorganizowanej przez firmę Metalgate, która odbyła się pod szyldem „Mental Procession” . Zapraszam do przeczytania słów kilku o tym mentalnym doświadczeniu.

Niebezpieczna muzyka. Taką wydawał się rock u początków swoich dziejów, potem punk, metal, black metal, GG Allin. Czy w dzisiejszych czasach takie pojęcie ma rację bytu, czy coś może nas jeszcze zaskoczyć? A gdyby tak odrzucić wszystkie kontrowersje i skupić się na samej muzyce. Przeszywającej trzewia do stopnia krwi cieknącej z uszu, sprawiającej że ludzie w popłochu opuszczają teren koncertu tratując siebie nawzajem, sprowadzającej niepokojące halucynacje, jak po zażyciu jakichś bardzo twardych narkotyków. Wiele teraz przesadziłem, ale Oranssi Pazuzu ma w sobie coś z tej bolesnej estetyki, którą spopularyzowała reaktywacja Swans Giry. Trafiłem na nich przypadkiem na ostatniej, trafnie zdefiniowanej trasie opisem: „połączenie Swans z Hawkind i Darkthrone”. Faktycznie coś w tym było, Oranssi Pazuzu od razu zabrzmieli dla mnie, jak jakaś zaginiona w czasoprzestrzeni kapela z najjaśniejszych czasów krautrocka, która odnalazła się w fińskim lesie przy próbie grania black metalu. Potem oswoiłem się z płytą „Värähtelijä” , najbardziej konstruktywnym i spójnym ich dziełem do tej pory, które momentami może robić za ścieżkę dźwiękową do naprawdę nieźle zrytego horroru. Oranssi Pazuzu jest w każdym razie tworem wyróżniającym się pod wieloma względami oryginalności, ale to koncerty zespołu są dopiero ostrą jazdą pokazującą spektrum możliwości.

oran_cobalt
fot. Oranssi Pazuzu, Praga, Bartek Dymek

Klub Futurum znajduje się w piwnicy starej kamienicy gdzieś w centrum Pragi. Klimatyczna sadomasonora wykonana z jakiegoś odrestaurowanego kina lub teatru z początku XX wieku. W każdym razie „Wywiad z wampirem” można kręcić. Wkroczyliśmy do środka, gdy scenę zajmował, a właściwie to skakał po niej, jak żaba z błota Cobalt promujący swój najnowszy dorobek pt. „ Slow Forever” . Amerykański Colbalt ukrywa się niby pod szyldem ‘black metal’, ale naprawdę jest to black pojmowany bardzo właśnie po ‘amerykańsku’. Znaczy dużo w nim sludge’owych i southernowych demonów Południa podsysanych rockiem alternatywnym.

oran_cobalt
fot. Cobalt, Praga, Bartek Dymek

Cobalt uprawiał swój bagienny metal, ja tymczasem poszedłem uzupełniać zbiory na obficie wyposażonym merchu. I czego tam nie było – Cobalt przywiózł kolekcję koszulek z naprawdę efektownymi wzorami (biała z reprodukcją obrazu Beksińskiego rządzi!), za to Oranssi Pazuzu wystawili całą swoją dyskografię w bardzo przyzwoitych cenach (u nas, jeśli w ogóle trafi się ich płyty, to zawsze są w srogo złych €) na winylach (dwa kolory) i na kompaktach - tu zdarzyła się niemiła niespodzianka – kolega sprzątnął mi sprzed nosa ostatni egzemplarz debiutu na CD. Trochę niepocieszony kupiłem sobie promowaną właśnie EP-kę „Kevät / Värimyrsky” na 10.calówce i ruszyłem pod scenę, gdzie czatowała jakaś setka osób.

oran_cobalt
fot. Oranssi Pazuzu, Praga, Bartek Dymek

Zajęliśmy miejsce na środku (przy absolutnym braku barierek), nasz fotograf, jak to fotograf po średnim ich tempie 5 sekund od przekroczenia progu klubu rozpłakał swe żale na temat światła. Po kilku chwilach próby na scenę wkroczyli Finowie i rozpoczęła się orgia porąbanych dźwięków przy niemniej porąbanych baletach. Przez godzinę pięciu wychudzonych, długowłosych gości rzucało się, skakało i pląsało przy majstersztyku metalu psychodelicznego, który stworzyli na „Valonielu” i „Värähtelijä” . Stopery do uszu jak najbardziej preferowane, a wyżej wspomniane oświetlenie też dawało po oczach do zawrotu głowy przy całym tym huku generowanym z podium. Właściwie ja muzykę Oranssi Pazuzu odbieram bardzo prosto: muzyczny Twin Peaks kręcony w fińskim lesie, do słuchania w domu głośno nocą między Can i Burzum. Dlatego na zakończenie wstawię mistrza słowa, który koncert oglądał dzień później w Krakowie:

„Neil Young na jednej ze swych ikonicznych płyt śpiewał o przechodzeniu błękitu w czerń i czerni w błękit - koncert Oranssi Pazuzu narodził się w czerni i w czerni umarł. Czerni będącej tamtego wieczoru nad wyraz silnym symbolem ciszy w której egzystuje hałas.Nigdy nie dane było mi uczestniczyć w koncercie Hawkwind, Jefferson Airplane ani tym bardziej Pink Floyd ze wczesnej psychodelicznej ery. Pojawiły się na szczęście dwa wybitne zespoły, które przepisały po swojemu sztukę transowej psychodelii a są to Swans i właśnie Oranssi Pazuzu. Nie chciałbym jednak pisać, że Oranssi to metalowa wersja Swansów, dla mnie raczej mroczna wersja Hawkwind. Pisząc ten tekst popełniam jednak straszny błąd...Otóż napisałem, że Pazuzu dało koncert - to było coś więcej niż koncert! To było pisane dużymi literami DOŚWIADCZENIE. Przerażenie natężeniem dźwięku mieszało się z ekscytacją a gdy zdawało sie, że nie mozna już bardziej - Oni mogli! Bilet na Oranssi Pazuzu to obecnie najtańsza opcja prawdziwej podróży kosmicznej. Mam nadzieję, że gdy zobaczę ich kolejnym razem to dowiem się co jest po drugiej stronie czarnej dziury i wyjdę z tego żywy...” Rafał Krzemiński.

Paweł Kuncewicz