14-07-2019

Warszawa

Klub Progresja Music Zone

Start
18:00

95/110 zł


Klub Progresja Music Zone
Fort Wola 22
Warszawa

Philip H. Anselmo & The Illegals w Warszawie.

Reinventing Pantera? Philip H. Anselmo & The Illegalls zagrali w Warszawskiej Progresji wyjątkowy koncert, na który złożyły się wyłącznie kompozycje legendarnej amerykańskiej kapeli, której wokalistą był obecny frontman Nielegalnych. Wydarzenie o tyle szczególne, że wielokortnie robione były podchody pod reaktywację Pantery z Zakkiem Wyldem w zastępstwie tragicznie zabitego gitarzysty-założyciela zespołu, Dimebaga Darrella, które torpedował jednak brat Dime'a a także perkusista zespoły - zmarły w ubiegłym roku Vinnie Paul. Dla wielu ludzi 14 lipca 2019 roku był być może jedyną okazją aby usłyszeć utwory wspominanej z sentymentem grupy w wykonaniu choć 1/4 najważniejszego składu ostatniej dekady XX wieku.

Koncert był wyprzedany 2 miesiące wcześniej jednak pod klubem nie brakowało desperatów liczących na zakup wjściówki z drugiej ręki. Liczba koszulek Pantery na grzbietach jasno sugerowała jednak czego przyjechał posłuchać tłum fanów, którzy skutecznie zabetonowali wejście do Progresji. No właśnie. Piszącemu relację nie udało się dotrzeć na koncert supportu - polskiej blackandrollowej ekipy Mentor - z powodu paskudnego wypadku na trasie S8 (oby bez ofiar) oraz gigantycznej kolejki, uformowanej jeszcze przed początkiem koncertu a utrzymującej się niemal do samego rozpoczęcia show gwiazdy wieczoru. Panie Progresja, jeśli wyprzedajemy koncert, to bierzemy to pod uwagę przy kontroli i wpuszczaniu ludzi, zabrakło mocy przerobowych... W efekcie na sali udało się zameldować na 20 minut przed początkiem głównego koncertu.

Czy Phil Anselmo odkrywa Panterę na nowo? Absolutnie nie. Nawet muzycy towarzyszący mu w trasie, członkowie tej Nielegalnej Pantery (Vinnie Paul z pewnością by przyklasnął na ten zlepek nazw) trochę wyglądają i zachowują się jakby odgrywali pewne role. Nie było absolutnych niespodzianek, kawałków nie granych nigdy na żywo, zagrzebanych gdzieś na albumach pod stertą hiciorów, które muzycy produkowali w latach 90. taśmowo (lekkim zaskoczeniem mógł być Hellbound). Były konkretne strzały, kawałki znane, tłumnie odśpiewywane, zero przypadku. Jest niedziela, ma być rosół i schabowy. Jest koncert Pantery, ma być I'm Broken, Walk czy Fucking Hostile. Co okazało się natomiast świetnym zabiegiem - postawiono na muzykę. Zero efektów specjalnych, wyszukanych świateł, wizualizacji, całego anturażu odciągającego uwagę od sceny. Tylko łyska glaca Anselmo na płachcie i 5 gości łojących jedne z najbardziej agresywnych i bezpośrednich kawałków w historii muzyki gitarowej.

Setlista była krótka, liczyła sobie zaledwie 11 numerów, wliczając w to znany już z wcześniejszych koncertów The Illegals medley, Domination/Hollow. Zaczęli od Mouth For War. Znakomita forma wokalna Phila, bardzo dobre wykonanie muzyczne orkiestry. Znamiennym natomiast jest fakt, że w rolę Dimebaga muiało wcielić się aż dwóch gitarzystów. Dime koncerty ogarniał jedną gitarą... Potem potężnie brzmiące Becoming i agresywne Yesterday Don't Mean Shit. Gardło, ku miłemu zaskoczeniu, bez zarzutów. Były pewne obawy, czy utrzyma się w tym stanie do końca występu ...I nie zawiodło. Kolejne kawałki były już Panterą w potężnej, skondensowanej dawce. Hołd dla fanów, którzy nigdy nie mieli okazji usłyszeć największych klasyków na żywo: I'm Broken (gościnny udział wokalny jednego z fanów, masz, gościu, o czym opowiadać na starość!), This Love, Walk, Fucking Hostile. Bodaj 4 najbardziej rozpoznawalne numery z ery kiedy skład był absolutnym hegemonem w świecie szerokopojętego metalu. Najlepiej świadczyła o tym reakcja publiczności, kompletne szaleństwo. Dostrzeżone i docenione przez samego Faceta o Cementowym Gardle, który wielokrotnie mówił między utworami, że to jeden z tych koncertów, które przypominają mu najbardziej ducha tamtych czasów a także, że jest to najlepszy gig na trasie, bez dwóch zdań. Trzeba przy tym podkreślić, że Anselmo, znany z kontrowersyjnych zachowań, był tamtego wieczoru wygadany, dowcipny i utrzymywał kapitalny kontakt z fanami. Miało się poczucie, że to nie jest zwykły koncert. Zakończony wspomnianymi już wcześniej Hellbound i następującym po nim Domination/Hollow. Zespół uznał, że polscy fani zasłużyli na coś ekstra i powrócił na scenę, żeby postawić kropkę w postaci "kawałka najlepiej oddającego to czym była i jest Pantera" (Phil) - New Level. Mocarne zamknięcie doskonałego wieczoru.

Jeżeli ktoś skrzywił się z niesmakiem, że Anselmo jeździ ze swoim zespołem i wyprzedaje koncerty grając utwory sprzed dwóch dekad, a jednocześnie postanowił się wybrać, powinien wyjść z koncertu z uśmiechem na ustach. Podobnie jak cała reszta zgromadzonych. Pantera nie wróci, umarła w dość nieprzyjemnych okolicznościach a wydarzenia, które nastąpiły po rozpadzie zespołu przysypały tylko tę trumnę dodatkowymi warstwami ziemi. Ale naprawdę świetnie było poudawać, że na 1 godzinę można choć część tej legendy wskrzesić i dobrze się przy tym zabawić.