Hala Stulecia
Wystawowa 1
Wrocław

Relacja z drugiego dnia wrocławskiej 3. Majówki.

Drugiego dnia majówki ponownie dopisywała piękna pogoda, więc nic nie zakłócało uczestnikom dobrej zabawy. Dzień ten był też muzycznie znacznie dłuższy od poprzedniego, a ilość wykonawców ponad dwukrotnie większa, było więc z czego wybierać. Jedynym problemem mogła być co najwyżej kondycja,oraz fakt, że zazębiające się koncerty nie pozwalały już na zobaczenie całości.

Dlatego też dzień ten zacząłem nie od Jelonka, którego muzykę słychać było już od Mostu Szczytnickiego, a od Nergalowego ME AND THAT MAN. Już bez Johna Portera, ale za to z międzynarodowym rosyjsko-ukraińsko-włosko-piekielnym składzie. Piekielnym z racji na fakt, że Nergal przedstawiając zespół, jako swoje miejsce pochodzenia podał samo dno piekła. Wprawdzie z Gdańska do Hel(l)u nie jest daleko, ale nie wiedziałem, że warunki życia w tym mieście są tak ciężkie ;)
Nergal z ekipą lekko i swobodnie przetoczył się przez utwory z płyty "Songs of Love and Death", zaś sam lider chętnie konwersował z publicznością, m.in. objaśniając koncept, na którym opiera się zespół, wyjaśniając, że utwór "Magdalene" dotyczy obecnej dziewczyny Adama, zaś "Voodoo Queen" poprzedniej. Tak, pewnie tej, którą teraz macie na myśli. Wyjaśniał, ze Behemoth gra bluesa i udowadniał, że bluesa grać potrafi.

Problemów z przekonaniem do siebie publiczności nie miał również frontman zespołu COMA, Piotr Rogucki i to nie tylko dlatego, że ekipa ta jest częstym bywalcem na wrocławskich koncertach, a i na majówkach też już był obecny. Tego dnia obchodzili zbiorowe urodziny, jako że kilku członków zespołu miało je w tym tygodniu. Od "Uspokój się", aż po klasyczny "Los cebula i krokodyle łzy" trzymał publiczność w garści. Muzyka Comy to nie tylko zabawa konwencjami muzycznymi od zimnej fali poprzez hard rocka po techno. To też przejmujące czasem teksty i muzyka. I nie dotyczy to tylko "Odniebienia" z tekstem Julii Marcel. A "Magda", utwór o miłości z internetu, aż się prosi o nowoczesny, taneczny podkład. Nic dziwnego, że zgromadzeni domagali się bisów i je otrzymali.

Jaki VADER jest, każdy widzi i cieszy, że ponad ćwierć wieku od wydania debiutu wciąż są w znakomitej formie. Od dołączenia do składu gitarzysty Marka Pająka zespół wyraźnie odżył. Zespół zapowiadał się już z wizytą na wrzesień, kiedy to w ramach jubileuszu zamierzają grać rzeczony debiut, "The Ultimate Incantation", w całości, ale i teraz chętnie sięgali do utworów z tego właśnie wczesnego etapu twórczości, grając choćby klasyczny "Sothis", "Decapitated Saints", czy "The Final Massacre". Lider Vadera, Peter chętnie podkreślał, że kocha to miasto i dobrze się w nim czuje. Nie on jeden podkreślał swoje związki z Wrocławiem, w trakcie trwania majówki okazało się jak wielu muzyków ma z nim jakieś powiązania, poczynając już od lidera Złych Psów. Dziwnie było widzieć ten zespół w pełnym blasku słońca wczesnego popołudnia, ale bardzo rzetelny i równy był to występ, więc już czekam na zapowiedzianą wrześniową wizytę!

W przerwie po Vaderze udało mi się zobaczyć końcówkę występu akustycznego MIUOSZA, który pojawił się w towarzystwie małej orkiestry i podobnie jak LUC rok temu pokazał, że rap to nie tylko proste bity, ale też może sięgać po bardziej rozbudowane formy. Na scenę poza orkiestrą zaprosił także na kilka utworów lidera Comy, Piotra Roguckiego i obaj stworzyli bardzo wciągające widowisko.

Poznańska PIDŻAMA PORNO od swojego debiutu w roku 1989 wydała łącznie 7 albumów (ostatni w 2004 r., chyba czas na nowy?) i chyba składają się one wyłącznie z utworów przebojowych, melodyjnych, acz nie pozbawionych punkowego pazura. Dlatego godzina jaką dysponował na scenie zespół Krzysztofa "Grabaża" Grabowskiego minęła nadzwyczaj szybko. Lekko humorystyczne i surrealistyczne teksty tylko dodawały pikanterii przebojowym utworom, takim jak "Gnijąca modelka w taksówce", "Koka koka", czy "Xero z kota". Nie brakowało też kompozycji muzycznie bardziej dramatycznych, a i tekstowo poważniejszych jak "Bal u senatora'93", czy "Do nieba wzięci". Zespół śpiewał o swoim rodzinnym mieście w "Ezoteryczny Poznań", wspominał czasy, kiedy jeszcze śpiewała w nim Kasia Nosowska i bez problemu przekonał publiczność do domagania się bisów. W końcu wiele osób czekało na "Moją generację" i ich własną przeróbkę "Pasażera", w której znalazły się teksty klasycznych polskich utworów.

NOCNY KOCHANEK to trochę, a nawet bardzo heavy metalowa wersja Braci Figo Fagot, czyli parodia klasycznego metalu spod znaku Iron Maiden, Judas Priest, czy Black Sabbath. Tak, właśnie w tej kolejności. Tekstowo maksymalnie prześmiewcza i humorystyczna, zaś muzycznie to wręcz hołd dla wspomnianych klasyków tego gatunku. W ciągu półtorej godziny zdążyli zagrać niemal w całości swoje obie płyty, "Hewi Metal" (to ona naprawdę nie nazywa się "Hewi Metal Pany"?) oraz "Zdrajcy Metalu". Od "Karate" po bisowy "Mineral Fiutta" utwory skrzyły się prześmiewczym, ciętym humorem, równie ciętymi, a może nawet wciętymi riffami, w których nietrudno było dopatrzeć się nawiązań do klasyki. Najlepszym przykładem "Diabeł z piekła" stanowiący niemal cover klasycznego "Black Sabbath". Muzycy bawili się świetnie, tak, oni też wspominali wątki wrocławskie, zwłaszcza pierwszy wyprzedany koncert w swojej karierze, z którego relację znajdziecie w innym miejscu naszego serwisu. Były klasyki np. "Piątunio" i "Wielki wojownik", w którym wspomagał ich Hal z Vader i utwory nowsze, równie klasyczne, np. "Dziewczyna z kebaba" oraz song o doktorze Olgierdzie Ngalu, czyli "Dr. O. Ngal". "Znam doktor Quinn, Doktora Oetkera i doktora House'a", Jak ich za to nie lubić? Publiczność bawiła się równie dobrze, więc wspomniane już bisy były kwestią oczywistą. Czy fanki rzucały stanikami nie wiem, na pewno na scenie wylądował transparent z nazwą zespołu.

Wieczór zakończył dla mnie ØRGANEK, którego muzyka potężnie zaskoczyła mnie swoją mocą i intensywnością. To był popis prawdziwego korzennego rocka. W podobnym kierunku dąży Nergal z Me and That Man, ale jest o wiele bardziej tradycjonalistyczny, podczas gdy Tomasz Organek z kumplami sięgając do tych samych źródeł przetwarza je w gatunek bardzo nowoczesny i drapieżny. Nic dziwnego, że ich debiut, "Głupi", dorobił się statusu płyty platynowej, zaś drugi album, "Czarna Madonna", złotej. Potężny bit perkusji, kojarzący mi się z "Personal Jesus", choć to zupełnie inna muzyka, i równie potężne gitary, w których wyraźnie słychać korzenne bluesowe, bluegrassowe granie, choć bliżej im zdecydowanie do Soundgarden niż do The Rolling Stones. Zespól chwalił się umieszczeniem swojego utworu "Mississipi w ogniu" w Polskim Topie Wszechczasów Trójki i chyba zagrał go także na bis. I wersja koncertowa brzmiała zdecydowanie potężniej niż płytowa. A wcześniej był i utwór o Kate Moss i mroczna ballada "Ultimo". Skakała niemal cała Hala, więc nic dziwnego, że tu też był i bis.

Bokka niewątpliwe gra piękną, mroczną muzykę, ale po 10 godzinach maratonu nie byli Blaze of Perdition, Mgłą, czy Infernal War, które jako jedyne byłyby jeszcze w stanie utrzymać mnie w pionie, więc zostawiłem sobie ich muzykę do odsłuchów domowych licząc, że spotkam się z nią także klubowo.

Paweł Domino

Powiązane: