Hala Stulecia
Wystawowa 1
Wrocław

Relacja z pierwszego dnia wrocławskiej 3. Majówki.

Wrocławska majówka jak zwykle zaczęła się bardzo wcześnie, bo już od 10-tej rano na Rynku rozbrzmiewała muzyka, a cała okolicę stopniowo zawłaszczali gitarzyści.

Oczywiście punktem głównym imprezy rynkowej była kolejna próba pobicia własnego rekordu ilości gitarzystów grających ten sam utwór, która miała miejsce o godzinie 16-tej. Ale pierwsze wykonanie hendixowskiego "Hey Joe" miało miejsce już niedługo po rozpoczęciu i ten utwór nadawał ton przez cały dzień. Wedle organizatora, utwór ten został zaśpiewany z nowym tekstem promującym hasło "Wiara, nadzieja, miłość". I muszę przyznać, że widok kilkudziesięciu gitarzystów na scenie oraz 7411 (Tak! Rekord został pobity!) wokół sceny oraz rozsianych po całym Rynku robił duże wrażenie. Mi osobiście najbardziej podobał się widok 80-letniego, jak mi się zdaje pana, który przybył wraz z córką (wnuczką?) i 8-letnim na oko wnukiem, czy raczej prawnukiem. Albo rozbujana radosna mama, z również kilkuletnim synem. To się nazywa wpajać wartości :)

Jako się rzekło i przed biciem rekordu sporo się działo, było sporo uczestników konkursu na najlepsze przebranie - by nawet święty Mikołaj ze swoim reniferem czy człowiek z mackami, w planach był też konkurs na gitarę z byle czego. warunek - musiała grać. Podkład muzyczny zapewniały liczne kapele, z których najmocniej wbił mi się w pamięć występ ZŁYCH PSÓW.

Po biciu rekordu 10 tysięcy ludzi w spokoju i chyba bez żadnych incydentów powoli zaczęło się przemieszczać w stronę Hali Stulecia, gdzie miała miejsce właściwa część 3-Majówki. Miasto przygotowało na tę okoliczność specjalne linie tramwajowe, ale choć jeździły one co chwila to tłum sprawił, że pod Halą zjawiłem się minimalnie spóźniony.
Przy znakomitej organizacji całej imprezy był to w sumie drobiazg.

A tam scenę okupowali już weterani z PERFECTU, ewidentnie będący w znakomitej formie. Grając z dużym luzem i radością pokazali ponad godzinny set, oparty oczywiście na przebojach z pierwszych dwóch płyt. I ta formuła świetnie się sprawdza, jako że "Idź precz", "Bla bla bla", czy "Chcemy być sobą" zupełnie się nie starzeją, a głos Grzegorza Markowskiego wciąż brzmi zadziornie. Ten ostatni często lekko i swobodnie żartował sobie z publicznością, więc nic dziwnego, że ta chętnie śpiewał z nim, albo i bez niego refreny. Także utworów nowszych, jak piękna "Kołysanka dla nieznajomej". Zabrakło "Ewki", za to nie zabrakło utworu wszech czasów Listy Przebojów Trójki. I choć tekst "Autobiografii" brzmi dziś faktycznie jak dziadkowe wspomnienia z innej epoki, to wzrusza jak zawsze.

Wprawdzie w tegorocznej edycji majówki zabrakło tak wyrazistych gwiazd, jak The Cranberries czy Toy Dolls, ale nie zabrakło urozmaicenia i tu największym odskokiem od dominujących tego dnia hard rockowych brzmień była hiszpańska 9-osobowa orkiestra gitarowa SINFONITY grająca przeboje muzyki klasycznej. Była Bachowska "Toccata z fugą", "Cztery pory roku" Vivaldiego, wspaniały "Taniec nocy" Prokofiewa, z baletu "Romeo i Julia", ale też De Falla, Mascani, bracia Strauss, Chaczaturian, czy Paco de Lucia. Panowie klasyczny repertuar grali z dużą energią i tylko chwilami, zwłaszcza w trakcie utworów Bacha, czy Vivaldiego brakowało mi tej 100-osobowej orkiestry, czy mocy organów. Za to najbardziej posępny i dramatyczny utwór w ich repertuarze, "Mars" z "Planet" Holsta, utworu napisanego kilka miesięcy przed rozpoczęciem I wojny światowej, zabrzmiał niewiarygodnie potężnie. Na zakończenie zaprosili na scenie piękną tancerkę, Julię Ortinez która zatańczyła do dwóch ich utworów. W ostatnim, bardzo metalowym (wyczuwałem wpływy Judas Priest) wczuła się perfekcyjnie i widać, że "pozę gitarzysty" opanowała bezbłędnie.

THE DEAD DAISIES widziałem tylko fragmentarycznie, w dodatku obserwując ich starania raczej z perspektywy foodtracków. Radosny, energetyczny hard rock w ich wykonaniu zabrzmiał bardzo wiarygodnie, ale też nie wziął mnie niczym specjalnym i najlepiej z ich seta zapamiętałem solidne wykonanie beatlesowskiego "Helter Skelter".

LAO CHE dla wielu uczestników było tym najważniejszym zespołem tego dnia, dla mnie zaś pierwszym bezpośrednim zetknięcie z zespołem. I choć to zupełnie moja bajka, to muzyka to ciekawa i bardzo przewrotna. A przede wszystkim bardzo sugestywna i przekonująca. Fanem nie zostanę, ale z całą pewnością wykorzystam każda okazję do kolejnych spotkań. Spiętrzenie różnorodnych elementów czasem sprawiało na mnie wrażenie funk opery, choć członków zespołu jest kilku, a nie kilkudziesięciu. Nie było fikołków, kangurów, bokserów, a i tak udało im się stworzyć potężne widowisko. Głos wokalisty swoją manierą czasem kojarzył mi się z Czesławem Mozilem, a i klezmerskich elementów w ich muzyce nie brakowało. Były też mocne akcenty rapowe, sporo transowego techno, zwłaszcza w końcówce. I utwory, które zaciekawiły mnie na tyle, ze spóźniłem się potem na koncert Hunter. A to także za sprawą pokręconych, surrealistycznych tekstów takich jak "Gott Mit Lizus", czy "Kapitan Polska" z niedawno wydanej płyty "Wiedza o społeczeństwie". Publiczność reagowała bardzo żywiołowo, a szczególny entuzjazm wzbudził oczywiście hit "Wojenka" z płyty "Dzieciom". To był dobry występ.

Dlatego też HUNTER został postawiony przed sporym wyzwaniem dorównania tak dobremu zespołowi. Ale Szczytno nie tylko komturem Zygfrydem de Lowe obecnie słynie i o takich wyjadaczy nie było co się martwić. Standardowo zaprezentowali się znakomicie, a ich potężnie brzmiąca muzyka, wzbogacona szaleńczymi partiami skrzypiec Jelonka oraz dramatycznym wokalem Draka, który jest nie tylko znakomitym wokalistą, ale też świetnym frontmanem znów wzbudzała żywiołową reakcję obecnych. "Kim". "Labirynt fauna", "$mierci$miech" (trochę inaczej wyobrażam sobie balladę ;), "Imperium uboju", czy "T.E.L.I", który śpiewała z zespołem publiczność, to tylko kilka z mocnych akcentów ich seta.

Niemieckiego KREATOR nie widziałem wiele lat, jakoś płyty po "Cause for Conflict" zupełnie mnie nie przekonywały. Ostatnie krążki, na czele z najnowszym, "Gods of Violence", uważam za bardzo solidne i dobrze mi się ich słucha, oczywiście z zastrzeżeniem, że to jest już zupełnie inny zespół niż ten, który nagrywał choćby "Renewal". Bardziej melodyjny, przyswajalny i nowoczesny. Niezależnie od sposobu postrzegania ich twórczości i starzy fani i młodzież bawiła się świetnie od początku śpiewając wraz z Mille Petrozzą refreny poczynając już od otwierającego utworu tytułowego z "Phantom Antichrist". I tylko przekonać polskich fanów, że nazwę zespołu wymawia się "kriejtor", a nie po prostu "kreator" nie uda mu się już chyba nigdy. Mille podkreślał przy różnych okazjach liczne i wiekowe związki zespołu z Polską, określając nasz kraj wręcz jako swój drugi dom. No, tak dla mnie samego wielkim przeżyciem był fantastyczny występ w Spodku podczas trasy promującej "Coma of Souls" w 1990 roku. Oczywiście dominowały utwory z płyty najnowszej - bardzo przebojowe "Hail to the Hordes" (kolejna z wielu okazji dla zgromadzonych do pośpiewania refrenu), "Satan Is Real" (tak ozdobiony pirotechniką, że pod sceną czuć było podmuch ognistego żaru), utwór tytułowy, potężny "Totalitarian Terror", czy patetyczny "Fallen Brother" rozpoczynający bisy. Pod sceną wirowało niemal bez przerwy, niektórzy wychodzili z wiru nieco kontuzjowani, ale oczywiście metalowa brać sprawnie podnosiła z podłogi tych, którym zdarzyło się wywrócić. Było tak gorąco, że Mille w końcówce stwierdził, że publiczności udało się przekształcić ten festiwal w prawdziwie metalową imprezę. Oczywiście nie zabrakło solidnych ciosów z wcześniejszych płt na czele z utworami tytułowymi z "Violent Revolution", "Enemy of God", czy "Hordes of Chaos", nie ukrywam jednak, ze najbardziej czekałem na dzieła najstarsze i nie zawiodłem się. "People of the Lie", "Total Death", "Flag of Hate" (Mille z nieodzowną flagą znaną z okładki tej płyty), a zwłaszcza zagrane na bis "Betrayer" i "Pleasure to Kill" zabrzmiały tak jak trzeba, czyli po prostu masakrująco!

Kreator jako chyba jedyny tego dnia miał swoje stoisko z merchem i rozrzucał suweniry, ale i tak zapamiętać ich należy za świetny występ, co jako się rzekło obecni docenili należycie i sprawnie rozproszyli się w różnych kierunkach.

Paweł Domino

Powiązane: