08-07-2016

royal republic

Rock for People 2016 (relacja)

Tu się po prostu wraca. Odległość od polskiej granicy, niepowtarzalny klimat, zawsze przemyślany zestaw kapel i naprawdę niskie ceny, zarówno karnetów jak i na samym festiwalu. Polaków jednak w tym roku była garstka, może zabrakło większych nazw, ludzie wybrali Open'era/Black Sabbath/Iron Maiden? Nieważne, oto co straciliście, a kilkadziesiąt tysięcy Czechów zobaczyło na żywo.

DZIEŃ PIERWSZY: HEYMOONSHAKER!

Jak w ubiegłym roku, tak i na 22. edycji festiwalu pierwszy dzień muzycznie raczej średnio zachwycał. Jeśli kogoś nie jara Skillet ani Nero, musiał się nieco nagimnastykować, żeby znaleźć dla siebie coś z tych mniej znanych nazw. Dzień zacząłem od CityLights, trochę przypadkowo, bo byłem przekonany, że nie zdążę na ich występ, ale okazało się, że namiot Muzikus został umiejscowiony tuż przy polu namiotowym, poza Festivalparkiem. Długo się nie zastanawiając rzuciłem plecak i namiot i ruszyłem w kierunku sceny, gdzie pozytywna ekipa hardkorowych dzieciaków już rozkręcała młyn. Standardowo zwierzęca energia wokalisty, który od trzeciego numeru występował po drugiej stronie barierek udzieliła się wszystkim zebranym.

rock for people

fot. Mariusz Kapcia


Festivalpark znów się zmienił, trochę inne umiejscowienie scen i prawdopodobne zwężenie terenu imprezy sprawiły, że już od pierwszego koncertu na Staropramen Stage wydawało się być niezwykle tłumnie. I faktycznie tak było, Holendrzy z Paceshifters dali cholernie energetyczny występ. Rock'n'rollowe trio, w którym każdy z członków potrafił zaskoczyć konkretnym wokalem, a delikatnie wyczuwalne klimaty noise i stoner rocka stworzyły mieszankę wysoce wybuchową. Jeśli ktoś jeszcze nie wiedział w jakim celu pojawił się na RfP, ten występ utwierdził mnie w przekonaniu, że będzie dobrze.

Na małej scenie Hard Rock Cafe w tym roku wyjątkowo piękny wystrój. Oprócz zmian wizualnych, została też podniesiona funkcjonalność, wreszcie w środku postawiono bar, a kanap po bokach zdecydowanie przybyło. Kameralna atmosfera i sami artyści pasujący do niej idealnie. To właśnie tam udałem się na kolejny występ - padło na słowackie Frequency. Nowoczesne granie, sporo elektroniki, ale też rock'n'rollowych zrywów.

Przyszedł czas na pierwszy koncert, którego tego dnia wyczekiwałem - Royal Republic. Szwedzi mają w sobie to coś, wiedzą jak przenieść szaleństwo ze sceny w stronę publiczności, a tej zebrało się naprawdę sporo. Nie zabrakło hitów, tj. Tommy-Gun czy Underwear, ale pojawiło się też kilka numerów z najnowszego wydawnictwa Weekend Man. Za znajomość tekstów, dla Czechów 5+.

Rock For People 2016

fot. Justyna Kamińska


Nie znając ani jednego numeru Skilleta zostałem namówiony na powrót do hangaru Hard Rocka, by zobaczyć nowozelandzki duet Heymoonshaker. Ależ to była dobra decyzja, ale to było dobre! 2 kolesi, jeden z nieprzeciętnymi zdolnościami aparatu gębowego, który potrafił wydobyć z siebie dźwięki, w które nadal ciężko mi uwierzyć, od głębokiego basu, po szybki beatbox i klimaty rodem z dubstepowych kompozycji. Drugi w tym czasie prawdziwie wymiatał na gitarze i uzupełniał to wszystko siarczystym, bluesowym wokalem. Niezwykle proste połączenie doczekało się chyba najlepszego przyjęcia w historii tego miejsca. Ludzie, którym udało się wejść do wypełnionego po brzegi hangaru nie pozwalali zejść artystom ze sceny, brawom i krzykom nie było końca, ciary i pełne spełnienia uśmiechy po obu stronach barierek.

rock for people

fot. Mariusz Kapcia


Łapiąc się na końcówkę Skilleta dowiedziałem się, że akurat zagrali ich największe hity. Jeden z nich (Monster) brzmiał kropla w kroplę jak Animal I Have Become Three Days Grace. Sprawdziłem, Skillet wydał swój plagiat 3 lata później. Do tego wiolonczela na scenie, której kompletnie nie było słychać, próbowałem stawać w różnych miejscach, wsłuchiwać się tylko w ten instrument, nie udało mi się wyłapać ani jednego dźwięku...

DZIEŃ DRUGI - THE QEMISTS

5 edycji RfP zajęło mi trafienie gdzieś dalej niż do Tesco i wreszcie poznanie uroków malowniczego Hradca. Piękne uliczki i parki, a i mimo festiwalu względna cisza i spokój. Wszystkim, którym nie chce się ruszać spoza Festivalparku - gorąco polecam! Oczywiście na miejscu również czekało na nas mnóstwo atrakcji. Sponsorzy co roku wymyślają coraz ciekawsze patenty promocyjne, tym razem zdecydowanie wygrały łabędzie T-Mobile, którymi można było bezpłatnie się przejechać i obejrzeć cały teren festiwalu z lotu ptaka. Były też skoki na ogromną dmuchaną poduchę na strefie Chio, plaża, basen, rampa, możliwość zagrania w Guitar Hero czy Pukacza, mnóstwo fajnych rzeczy dla zabicia wolnego czasu.

Koncertowo dzień miałem rozpocząć trochę wcześniej, ale strefy wciągały mnie jedna po drugiej i pojawiłem się dopiero na czeskim From Our Hands, a raczej próbowałem, scena Hard Rock Cafe tym razem okazała się zbyt mała. John Wolfhooker na nagraniach zapowiadali się jako dobry czeski towar eksportowy, występ na żywo zweryfikował jednak, że póki co jest jeszcze nad czym popracować, mało w tym wszystkim było ekspresji i obiecanego rock'n'rolla. Po odpaleniu jednego numeru The Correspondents, udało mi się skutecznie namówić sporą ekipę do dzikich pląsów pod sceną. Wyśmienita zabawa, wokalista czuł się jak ryba w wodzie i dosłownie pływał po scenie.

Jako, że ostatnio powoli wkręcają mi się klimaty shoegaze/grunge, po usłyszeniu kilku numerów australijskiego Tired Lion, stwierdziłem, że muszę się pojawić na ich koncercie. Oczywiście, że było warto. Lata 90. pełną gębą, pysznie brudne, garażowe brzmienie i niezwykle przyjemny kobiecy wokal, słuchane w domu wchodzi równie dobrze. Szybki teleport na Turbowolfa, tu też bez większych niespodzianek - totalna miazga, zwierzęca energia, mistrzostwo świata. John Coffey przyjemnie, ale bez większego siania zniszczenia, którego się spodziewałem po nagraniach.

Rock For People 2016
fot. Justyna Kamińska


The Offspring... Szukam pozytywów tego występu, ale poza wspomnieniami z okresu gimnazjum, które samo w sobie wspominam negatywnie to naprawdę ciężko mi coś dobrego napisać. Widać, że granie po raz tysięczny tego samego numeru nie sprawia chłopakom już żadnej radości. Zero ekspresji i kontaktu z publicznością, po prostu odbębnione, zagrane co miało być zagrane i siema. Już jak ich widziałem w 2012 roku na Rock Im Park to niczym mnie nie zachwycili, po 4 latach jest tylko gorzej. Zawinąłem się w połowie, by zobaczyć zjawiskowe kanadyjskie Suuns. Nie zabrzmiało to jednak tak dobrze jak powinno. Zamiast cyrkowego namiotu Sapito dużo lepiej sprawdziłby się barak Hard Rock Cafe, dźwięki uciekały, ciężko było wyłapać z tego jakieś konkretniejsze wibracje.

Na zakończenie dnia oczywiście The Qemists, promujący swoje najnowsze wydawnictwo Warrior Sound wydane w marcu tego roku. Nowy wokalista zaskakiwał solidnym screamem, kompozycje na żywo sprawdziły się znakomicie, muzyka elektroniczna z żywym zespołem zawsze będzie przeważała nad jedną osobą puszczającą seta z Maca. Pełen profesjonalizm, świetna gra światła i dźwięku no i prawdziwa miazga pod sceną, Czesi uwielbiają takie połączenia.

DZIEŃ 3 - POTĘGA BRYTYJSKIEGO POST-HARDCORE'u

To, że ten dzień będzie najlepszy wiedziałem od początku, samo Enter Shikari to już +100 do zajebistości line-upu, ale kiedy dodać do tego dwie, aktualnie najjaśniej świecące perełki brytyjskiej sceny post-hc - to już prawdziwa gratka dla psychofanów gatunku, czyli mnie. Ale od początku.

Dzień zacząłem od czeskich Fresh Out Of The Bus. Ze wszystkich zespołów, które przesłuchiwałem przed festiwalem, to właśnie oni zrobili na mnie największe wrażenie. Wyjątkowa atmosfera, klimaty indie rockowe podane w ładnym opakowaniu, trochę post-math-owych smaczków i wciągające kompozycje.

U chłopaków ze Skywalkera bez zmian, Czesi nadal bawią się muzyką, są przepełnieni energią i grają zdecydowanie najwięcej koncertów na krajowej scenie hardcore punkowej. Ekspansja na Europę ich melodyjnego hc z pop punkiem trwa nadal, w Polsce na szczęście również mają coraz większą grupę odbiorców. Znajdą dobrego wydawcę i ich kolejny krążek będzie prawdziwym hitem, zobaczycie. Our Last Night nie wyróżniali się kompletnie niczym, wolałem więc zająć miejsce pod barierkami na jeden z najbardziej wyczekiwanych koncertów. W międzyczasie trochę popadało i pojawiła się tęcza!

Rock For People dzień 3

fot.Justyna Kamińska


Black Peaks podobno kiedyś zjechałem po przesłuchaniu fragmentu numeru za brak oryginalności. Później jak dowiedziałem się, że grają na RfP zapoznałem się z ich debiutanckim krążkiem i się zaczęło. Przez długi czas nie byłem w stanie słuchać niczego innego, chłonąłem jeden numer za drugim, nie mogłem wyjść z podziwu jak dobre są te kompozycje i jak wiele się w nich dzieje. Skala wokalu kompletnie niepozornego Willa Gardnera miażdży, czysty, specyficzny wokal i agresywny krzyk uzupełniały się nawzajem. Przepyszny progresywny post-hardcore, który udowodnił mi, że ta scena nie przestanie mnie zaskakiwać.

Anti-Flag nie zawiedli, taki przekaz jest potrzebny na festiwalach, w których punka jest jednak niewiele. Bardzo dobry występ, fajny, przekrojowy set. Chwilę później na scenie Staropramena wybrzmiewał już głęboki bas, ostatnie szlify dźwięku i są na scenie, najlepsi na żywo, nigdy nie zawodzący Enter Shikari. Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się Enter Shikari i Solidarity, czyli wstępów z ich pierwszych dwóch płyt na początek występu, ale zrobiło to idealną robotę. Był mash-up The Last Garrison z wydawałoby się, że zapomnianym hitem No Sleep Tonight, najnowsze Redshift i kilka innych przebojów. Uwielbiam koncerty Brytyjczyków na czeskich festiwalach, nigdzie indziej nie ma takiego klimatu, tak wspaniałych, gigantycznych rozmiarów circle-pitów, ludzi uważających na siebie w mosh-picie, wykrzykujących słowa piosenek z cudownym uśmiechem na ustach. Apogeum szczęścia zostało osiągnięte? Bynajmniej.

rock for people

fot. Mariusz Kapcia


Prawdziwy teleport na scenę Hard Rock Cafe był wskazany, bowiem planowa przerwa między występem ES a Arcane Roots wynosiła jedyne 5 minut. Naprawdę ciężko było mi wskazać, na który z tych 3 brytyjskich post-hardcore'owych zespołów czekałem najmocniej, jedno jest pewne, to połączenie sprawdziło się wyśmienicie. Zakochałem się w ich EP, nadrobiłem longplaya i debiut i trzymam kciuki jak najmocniej za tę ekipę. Byłem wniebowzięty tym występem, trio zgrane perfekcyjnie niczym Biffy Clyro, słychać zresztą inspiracje ich pierwszymi albumami i nie jest to żaden zarzut, raczej potęgująca się zajawka. Charakterystyczny, zarówno czysty jak i krzyczany wokal, który w dodatku obsługuje jedyną na scenie gitarę, radiowe brzmienie przełamywane breakdownami, emocje, których nie czułem wcześniej na tym festiwalu. Jestem przekonany, że to była ostatnia okazja, żeby zobaczyć tę grupę w takich okolicznościach, kolejny longplay wybije ich bardzo mocno w górę.

Na dobitkę przyszedł czas HO99O9, czyli hardcore punk i 2 raperów, brudne i ciężkie do przełknięcia brzmienie, które mimo wszystko bujało niesamowicie. I jednego z dwóch headlinerów festiwalu, czyli Massive Attack. Powrót do ery MTV czy czasów 30 ton, lista, lista przebojów, gdzie ich utwory zajmowały pierwsze miejsca list przebojów, a ich muzyka nie była tak ciężka w odbiorze. Bardzo dobry występ, 200% przekazu w tekstach jak i wizualizacjach, które przedstawiały komentarze czeskich internautów na aktualne wydarzenia polityczne i społeczne. Mocne 1,5h muzyki, która mimo specyfiki gatunku nie nudziła. Sporo gości specjalnych i szerokiego instrumentarium (w tym dwie perkusje!), rozmach i pełen profesjonalizm.

To była kolejna, niezwykle udana edycja Rock for People. Mimo dużej ilości ludzi, na festiwalu nie było kolejek, zarówno do toalety jak i po piwo i w punktach gastronomicznych stało się max. 5 minut. Wszystko płynęło tak jak powinno, zero obsuw czasowych, bardzo dobre, potężne nagłośnienie, idealna pogoda i wszędzie obecny chillout, zero agresji czy jakichkolwiek nieprzyjemnych sytuacji.

Do zobaczenia za rok!

Autor: Michał Chlebosz