26-08-2017

cult_guns

Praha 1-Staré Město

ROXY

Start
20:00

ROXY
Dlouhá 33
110 00 Praha 1-Staré Město
Czechy

The Cult i Guns N’ Roses zagrali w Pradze.

Nieraz zdarzało mi się lądować w Pradze na kilka dni. Szczególnie, gdy zaraz po Nine Inch Nails grało Depeche Mode, między Pixies i New Model Army można było ustrzelić Petera Gabriela, a kilkadziesiąt godzin po norweskim Shining trafiliśmy historyczną trasę Voivod, Napalm Death, Obituary i Carcass. Tym razem przedziałka trwała jeden dzień, zaliczyliśmy dwa zjawiska lat 80. – The Cult i Guns N’ Roses. Bliskie sobie, a jakże z drugiej strony różne. Zapraszamy do przeczytania podwójnej relacji!

2 lipca zrobiliśmy desant w klubie Roxy. Fajnym miejscu. Był tam Anselmo wraz z Down, Bolt Thrower z Incantation, przyszła pora na The Cult. W latach teledysków na MTV i płyt „Love”, „Electric”, „Sonic Temple” oraz „Ceremony” – zespół ‘kultowy’ to byłoby określenie trywialne. Grupa Iana Astbury’ego i Billy’iego Duffy’iego swego czasu uchodziła za najszlachetniejszą kumulację rocka lat. 80. Brytyjczycy wywodzący się z zimnej fali, a zafascynowani klasycznym, amerykańskim brzmieniem stworzyli jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek w dziejach rock’n’rolla. Świetnie wykonaną, produkowaną, z masą przebojów na listach i z jednym z najlepszych wokali w historii muzyki. Nie ma tu za grosz przesady.

cult_guns
fot. The Cult, Praga, Cityfun24.pl

30 lat później blask gwiazdy mocno przygasł. Pewnie dlatego, bo po części wraz z wiekiem panom wyładowały się akumulatory na nowe, pełne hitów płyty, skończyła się pewna epoka, też i moda. W ramach promocji wydanego w ubiegłym roku albumu „Hidden City” odbyło się tylko 11 koncertów – słabo reklamowanych i żaden w Polsce, mimo oddanej rzeszy fanów tutaj pamiętających jeszcze eighteensy.

cult_guns
fot. The Cult, Praga, Cityfun24.pl

Jakoś do Roxy trafiliśmy. Klub mały, zapełniony w ok. 70%, jeden z lepszych pod względem nagłośnienia w Pradze. Publiczność zdecydowanie dojrzała. Koncert bez żadnych, zbędnych supportów rozpoczął się po godzinnym odsłuchu wybranych fragmentów dyskografii The Doors (nieprzypadkowym). Zaczęli od prostego rock’n’rolla „Wild Flower” by po chwili przejść do jednego z większych utworów lat 80. – „Rain”. Astbury wyglądał, jakby przed chwilą wstał z grobu, ale wokalnie – to nadal jest mistrzostwo świata (w przeciwieństwie do Axla, ale o tym później). Generalnie facet śpiewał, jak na płytach, poruszając się ze scenicznym ADHD, co chwila rozwalając kolejne tamburynki. W The Cult nie potrzeba wizualizacji, laserów, fajerwerków i telebimów – wystarczy mały klub, żeby zrobić naprawdę ekscytujący koncert.

cult_guns
fot. The Cult, Praga, Cityfun24.pl

Setlista składała się z przekroju całej twórczości z naciskiem na ww. najsłynniejsze płyty + „Hidden City” – było więc kolejno: „Wild Flower”, „Rain”, „Dark Energy”, „Gone”, „Peace Dog”, „Lil' Devil”, „Birds Of Paradise”, „Nirvana”, „Deeply Ordered Chaos”, „Phoenix”, „Sweet Soul Sister”, „She Sells Sanctuary”, „Fire Woman”, „King Contrary Man”, „G O A T”, „Love Removal Machine”. Czyli po części też set marzeń (organizatorom koncertów w Polsce powinno być z powodu braku The Cult trochę łyso). W ostatnim numerze na scenę wyszedł stary znajomy, czyli Duff McKagan z zespołu, który właśnie wparował do Pragi, a zagrać tam miał 2 dni później. Tym razem przenosimy się z małego klubu na lotnisko (a właściwie teren wokół niego na obrzeżach miasta). Dookoła 50 tys. ludzi i tutaj akurat bez telebimów, świateł, laserów i fajerwerków się nie obeszło – bowiem na scenę wyszło najprawdziwsze Guns N’ Roses.

Do końca zastanawiałem się, czy warto. Niektórzy czekali na taki koncert latami, inni już od roku kisili bilety. Jako, że do Pragi mam 180 km z chaty, a bilet nabyłem 10 min. przed wejściem na imprezę – decyzja zapadła w ostatniej chwili. Nie byłem entuzjastą tego reunionu. Slash solo radził sobie bardzo dobrze, w przeciwieństwie do zmanierowanego Axla, którego możliwości wokalne – dawno przeminęły. Zaraz po koncercie zrobiłem sobie powtórkę z „Live Era '87 – '93” – i to zdecydowanie nie było TO. Jednak 4 lipca zająłem sobie miejsce gdzieś w połowie sektora „u podia” i zacząłem oglądać show. Długie, solidnie odegrane, do którego faktycznie Gunsi bardzo się przyłożyli. Bo 31 utworów w ponad 3 godziny, to w 2017 roku jest prawdziwy wyczyn! Choć nieco naciągany – nużył nadmiar coverów (prócz tych „uzasadnionych” – zupełnie nietrafione w tym kompletnie bez sensu „Wish You Were Here” czy kawałki The Who, AC/DC i naciągany Soundgarden), a materiał z „Chinese Democracy” wynikał chyba tylko z jakichś złowieszczych zapisów w kontrakcie Axla. Ale co trzeba im przyznać – chęci zrobienia wyczerpującego koncertu wypełniły wszystkie braki – najbardziej te wokalne.

Powiem wprost – nigdy nie przypuszczałem, że obejrzę na żywo Guns N’ Roses, tym bardziej takie, które rozpocznie się punktualnie. Wystartowali wcześnie, bo o 19:15 (70% koncertu przy świetle dziennym) od „It's So Easy” i „Mr. Brownstone”, czyli klasyki z debiutu, który jak dla mnie mógłby zostać odegrany w całości + wybrane utwory z obydwu części „Use Your Illusion” , co by w zupełności wystarczyło. Jednak tym razem sprawy potoczyły się inaczej, bo setlista była bardzo urozmaicona. Były więc słynne, rozbudowane ballady „Estranged”, „November Rain” i „Don't Cry” (tzw. zmory lat 90.), EP-kowe „Used to Love Her” i „Patience”, powroty do debiutu: „Rocket Queen”, „Welcome To The Jungle”, „Sweet Child O' Mine”, „My Michelle”, „Nightrain” i tradycyjnie na koniec „Paradise City”. Ale jeśli cokolwiek pozamiatało, to tylko terminatorowe „You Could Be Mine” i „Civil War”.

W skali od 1 do 10: Axl 3, Duff i Slash 10, covery 2, „Chinese Democracy” 1, nagłośnienie 8, produkcja 7 i organizacja 10. Aha, miejsca na trybunach były ponumerowane, a pod sceną znajdował się proporcjonalnie mały sektor „u podia” (początkowo miał być podzielony jeszcze na dwie części), nagłośnienie na otwartej przestrzeni także hulało należycie. Czyli jednak da się. Do zobaczenia na koncertach w Czechach!

cult_guns
fot. Guns N' Roses, Praga, Cityfun24.pl

Paweł Kuncewicz