05-08-2016

Skyline

WACKEN OPEN AIR 2016 (relacja DZIEŃ 1)

Na Wacken, czyli największy niemiecki festiwal muzyki metalowej dotarliśmy w środę wieczorem. A właściwie to zakopaliśmy się na nim z miejsca po kolana w błocie, tkwiąc w kilkukilometrowym korku. Takie uroki Wacken ponoć są, ja w każdym razie chciałbym podziękować konstruktorom obuwia marki Steel – nie wiem, jak to zaprojektowano i jakie małe, chińskie rączki to złożyły, ale w każdym razie, mimo nie istniejącej już podeszwy, w środku nadal jest sucho, chociaż faktycznie stoimy w ewidentnym błocie oglądając koncerty. A te są w większości bardzo dobre.

Czwartek rozpoczęliśmy tak, jak większość, czyli od Skyline – coverbandu inaugurującego Wacken. 80 tys. ludzi przyszło bawić się przy kawałkach AC/DC, Faith No More albo Rainbow, by potem doświadczyć magii Saxon występującego na Wacken po raz 9. Wcześniej na konferencji prasowej Biff Byford stwierdził, że jest tu po raz 14., ale szybko poprawiony został przez Thomasa Jensena (organizatora festiwalu), że jednak był tu kilka razy mniej.

Saxon rozkręcił Wacken – było „Crusader”, "747 (Strangers in the Night)", „Wheels Of Steel” czy „Princess Of The Night”. Czyli cała klasyka tego miejsca (mocno ukierunkowana na Niemców) na dzień dobry.

Saxon

fot. Henryk Michaluk

Foreigner oglądałem miesiąc wcześniej na francuskim Hellfeście – i tu był identycznie wyprodukowany występ niemalże w każdym detalu, czyli ta sama setlista i prawie każdy ruch na scenie przemyślany do ostatniego kroku. Dinozaury, trochę robione pod januszy, ale nadal cieszą i ogląda się ich przednio. Potem przyszedł czas na Whitesnake – ostatni raz zespół widziałem 5 lat temu i nic się nie zmieniło. Czyli David Coverdale nadal zatrzymany jest wizualnie w czasie (może to jego urok, może to botox), ale śpiewa nieporównywalnie słabiej, niż na klasycznym albumie „1987”, od którego Whitesnake rozpoczął koncert i zagrał z ów płyty najwięcej utworów. Momentami zapachniało Led Zeppelin, ale takim zarumienionym latami 80. Do emerytury jeszcze im w każdym razie daleko, bo zgromadzili całą rzeszę (zero skojarzeń) fanów.

Foreigner

fot. Henryk Michaluk

W między czasie zawędrowaliśmy do namiotu (czy właściwie hangaru), gdzie mieszczą się dwie mniejsze sceny. Tam dowalił (dosłownie) nasz ukochany Vader. Oglądam zespół 3. raz w tym sezonie festiwalowym (wcześniej na Hellfest i Obscene Extreme) i właściwie czuję się, jakbym 3. raz widział zupełnie inny projekt Petera. Na Hellfest była przekrojówka, Obscene miał thrash-show zrobiony pod Czechów, a tutaj siermiężny, potężny death metal dedykowany niemieckiej publiczności. Było głośno, perfekcyjnie wykonane z czołówką: „Carnal”, „Halleluyah”, „Dark Ages”. W końcu Niemcy są największym rynkiem wydawniczym (i przy okazji zbytku płyt i merchu), więc tutaj wypada zaprezentować się z jak najlepszej strony. Vader te uwarunkowania zna z autopsji, jeśli wiecie, o co chodzi.

Obejrzałem jeszcze przez chwilę Tsjuder w najlepszym black’n’rollowym wydaniu i powędrowałem na transmitowany live Iron Maiden. Tutaj złe wieści dla wszystkich, którzy byli we Wrocławiu – to był identyczny koncert z trasy promującej „The Book Of Souls”, tylko słychać było wszystko rewelacyjnie w każdym calu. Nie byłem zachwycony wcześniej ww. albumem w chwili jego premiery, ale po obejrzeniu dwóch koncertów z jego zawartością doszedłem do wniosku, że to jest dokładnie to, czego ludzie po latach posuchy od zespołu oczekiwali – Iron Maiden jest w doskonałej formie. W tym koncercie nie było przypadków – za to był muzyczny orgazm za orgazmem: „Fear Of The Dark”, „Children Of The Damned”, „Hallowed Be Thy Name” i „Wasted Years” mówią same za siebie – Maiden nadal potęgą jest.

Tsjuder

fot. Henryk Michaluk

Potem miało miejsce jeszcze widowisko dedykowane Lemmy’emu (Motörhead) - „Born To Lose, Live To Win”. Zabrzmiały największe utwory najwspanialszego zespołu w historii muzyki. Niestety, srogo po północy, musieliśmy się zwijać i ratować sprzęt z deszczu, który chyba nigdy nie przestaje tu padać.

Dzisiaj oglądamy i fotografujemy serię kolejnych koncertów: Axel Rudi Pell, Entombed AD, Eluveitie, Tarję, Ministry, Testament, a to tylko zestaw z dużych scen. Z Wacken Open Air serdecznie pozdrawiają was Paweł Kuncewicz i Henryk Michaluk.

Autor: Paweł Kuncewicz