05-08-2016

Eluveitie

WACKEN OPEN AIR 2016 (RELACJA DZIEŃ 2)

Są dziennikarze, którzy po festiwalowym dniu w oczekiwaniu na następny zwijają sprzęt, wsiadają do auta i jadą spać do hotelu. Takich wśród nas nie znajdziecie. Żeby stworzyć dobry raport koncertowy trzeba być z publiką na polu namiotowym. Robić i czuć to, co ona. Tak samo marznąć, pić to samo cienkie piwo, stać w kolejkach i śmierdzieć, gdy jedyny prysznic zapewnia deszcz, który na Wacken Open Air 2016 pada prawie nieustannie. Zapraszamy do krótkiej relacji z drugiego dnia Wacken, na którym właśnie marzniemy, stoimy w kolejkach i nie bierzemy prysznica wraz z jeńcami.

Dzień rozpoczęliśmy od Entombed A.D.. Szwedzki death metal, w kolejnej reinkarnacji tej grupy, nadal stoi na górnej półce, a materiał z „Left Hand Path” czy „Clandestine” w wykonaniu LG Petrova potrafił solidnie skopać tyłek skąpanej w błocie po kolana publiczności.

Entombed A.D.

fot. Henryk Michaluk

Z kolei Axel Rudi Pell, po lawinie Entombed A.D., zaserwował porcję gitarowego heavy rocka, mocno zrobionego pod Niemców, których festiwalowa zabawa zaczyna się od stania na baczność, a kończy na salutowaniu. „Naród poetów”, o języku lotności mielonego żelaza, musi mieć w sobie zakorzeniony gen „Ordnung muss sein”. W końcu, gdyby nie Rammstein, po co byłyby nam potrzebne Niemcy?

Najlepszy (moim zdaniem) koncert wczorajszego dnia zagrała załoga Eluveitie. Cóż to był za żywioł z mnóstwem muzyków na scenie i całym ich instrumentarium składającym się także z tak fajnie brzmiących w folk metalu skrzypiec czy fletów. Niejedna polska kapela folk metalowa mogłaby do nich pójść na korepetycje, jak należy zagrać taki koncert i rozruszać ludzi do stanu totalnej ekstazy. „Inis Mona” rządzi.

Eluveitie
fot. Henryk Michaluk

Po Eluveitie miejsce na dużej scenie zajęła widowiskowa Tarja, którą Henryk bardzo umiejętnie obfotografował ze wszystkich stron. Efekty będzie można podziwiać niebawem (a zapowiadają się imponująco) po powrocie do kraju i profesjonalnej obróbce.

Tarja

fot. Henryk Michaluk

Henryk łapał zajączki na Tarji, a ja w tym czasie podążyłem na małą scenę celem obejrzenia Alcest i Ihsahna. Ci pierwsi nie zaczęli najlepiej (ostatnia płyta po prostu nudzi), ale kiedy pod koniec powrócili do dźwięków z moich ulubionych „Les Voyages De L'Âme” i „Écailles de Lune” klimat po prostu zrobił się nieziemski. Jak to u Alcest bywa, można się było wysadzić w inny wymiar.

Ihsahn, czyli drugi lider Emperor, już dawno odleciał w progresywno-awangardowe klimaty. I o ile jego dwie pierwsze solowe płyty zapowiadały ciekawy etap kariery, to reszta dorobku okazała się generalnie ciężkostrawna. I taki też był ten występ. Przekombinowany, techniczny, trudny, chociaż na pewno też znalazł swoich odbiorców. W każdym razie bardziej do mnie przemawiał prosty i tradycyjny black metal w wykonaniu 1349, którzy chwilę wcześniej tłukli się na scenie obok, podładowując ludziom energię.

1349

fot. Henryk Michaluk

Teren festiwalu (na camping dowozi nas specjalny autobus) opuściliśmy przy „Psalm 69” Ministry. Szkoda, że Testament prezentację swojej sztuki zaczynał w okolicach 2. w nocy, czym stał się dla nas, po całym dniu pracy, nie do osiągnięcia. Trochę głupio pomyślane.

Dzisiaj przed nami Borknagar, Therion, Triptykon, Metal Church, Twisted Sister i Steel Panther. Czyli będzie różnorodnie, z dużą ilością muzycznych smaczków i detali do wyłapania. Raport z trzeciego dnia Wacken zamieścimy już po jutrzejszym powrocie do ukochanej, a przede wszystkim suchej Ojczyzny. Z niemieckiego błota pozdrawiają Was Paweł Kuncewicz i Henryk Michaluk.

Autor: Paweł Kuncewicz