09-08-2016

Wacken 2016

WACKEN OPEN AIR 2016 (RELACJA DZIEŃ 3)

Trzeci i zarazem ostatni dzień Wacken Open Air 2016 zaczął się – i w tej części Europy chyba nie mogło być inaczej – od ulewy, której towarzyszył grad i pioruny. Zaprawdę dziwny to skrawek kontynentu. Niby romantycznie bliski morzu, a życiowo tonący w błocie. I właśnie w takich okolicznościach przyrody toczy się największy metalowy festiwal w Niemczech. Jednak mimo niesprzyjających warunków muzyka broni się sama, a sobota pod jej względem była też ciekawym etapem imprezy.

Borknagar pozytywnie zaskoczył, bo ilekroć oglądałem zespół do tej pory – wokaliście zdarzały się momenty okrutnego dla uszu fałszu. Tu jednak obyło się bez tego typu atrakcji i dostaliśmy bardzo równy i udany koncert z wikingowskim folkiem na black metalowej bazie ozdobionej melodyjnym wokalem.

Metal Church ma status zespołu kultowego, chociaż lata temu miał potencjał na wiele więcej. Może nie byłby drugą Metalliką, ale z riffami napędzającymi taki „Start The Fire” to mógł być przynajmniej band na miarę Megadeth. Tymczasem ciągłe zawirowania w składzie na tyle skutecznie legendę osłabiły, że nawet ciężko kupić dziś jej klasyczne płyty w normalnym sklepie. W każdym razie w tym roku coś ruszyło. Za mikrofonem znów stanął Mike Howe, ukazał się nowy album „XI”, znowu koncertują i generalnie trzyma to wszystko poziom raczej klubowy i festiwalowy, jak tu na Wacken. Set był przekrojowy i składał się z 12 utworów. Była klasyka, czyli materiały z „The Dark” i „Blessing In Disguise”, ale nowe rzeczy, jak „No Tomorrow” czy „Killing Your Time” dosyć dobrze w tej formule się odnalazły.

Wacken 2016

fot. Henryk Michaluk

Therion ostatni raz oglądałem na niezbyt udanym występie, który zaczynał się w okolicach 3. w nocy na Metalmanii w 2006 roku. Dlatego fajnie było zrobić z nich powtórkę. Symfoniczna estetyka nie każdemu może przypaść do gustu, ale kunsztu wykonania nie można załodze Therion odmówić. Finałowy „To Mega Therion” sprawił, że słynny refren jeszcze długo gościł w zmysłach zgromadzonych na tym widowisku. Mi najlepiej podeszły klimaty z LP „Lemuria”, czy wykonany wraz z Snowym Shawem „Typhon” i utwór tytułowy.

Wacken 2016

fot. Henryk Michaluk

Wiele słyszałem o Steel Panther, głównie że dają dobre show, bo dziewczyny pod i na scenie cycki pokazują. Tymczasem nastąpiło totalne rozczarowanie. Nawet jeśli ci kolesie funkcjonują jako kabaret, to raczej mało śmieszny. A muzycznie są słabszą kopią Mötley Crüe. Mimo to na Steel Panther przyszło bawić się mnóstwo ludzi. Pewnie dlatego, bo cycki też były.

Koncert dnia zagrał Triptykon z samym bogiem metalu, czyli z Tomem G. Warriorem i wschodzącą pomału królową Vanją Slajh. Na scenie stanął szereg pochodni i wielkich, białych, odwróconych krzyży. Ze sceny, jak grom z nieba runął fundament współczesnego metalu, czyli utwory Celtic Frost: „Procreation (Of The Wicked)”, „Dethroned Emperor”, „Circle Of The Tyrants” i „Morbid Tales”.Nowym elementem we wcieleniu live Triptykon były kobiece wokale w wykonaniu Simone Vollenweider śpiewającej zarówno na ich płytach, jak i na „Monotheist” Celtic Frost. Stąd pewnie obecność w setliście nie wykonywanego wcześniej „Obscured” z ów albumu, który generalnie rozniósł wszystko, co miał w swoim zasięgu. Widzieć to i nie grzmieć z podziwu dla geniuszu Warriora? Trzeba nie mieć boga w sercu.


Wacken 2016
fot. Henryk Michaluk

Kończący karierę Twisted Sister zagrał identycznie, jak miesiąc temu na Hellfest. Czyli były największe przeboje po kolei, wspomnienia Lemmy’ego i A.J. Pero, wyrazy szacunku dla kolegów z branży i pochwały dla bębniącego Mike’a Portnoya (właściwy człowiek na właściwym miejscu). Nie twierdzę, że przemysł muzyczny po zniknięciu z niego Twisted Sister się załamie, ale będzie o wiele uboższy o zespół, który niektórzy dopiero zaczęli traktować poważnie, gdy zrzucił z siebie damskie ciuchy.

Po Twisted Sister Wacken 2016 się dla nas zakończyło, więc krótko je podsumuję. Festiwal zdominowała fatalna pogoda, błoto i korki. Mimo niedociągnięć organizacyjnych muzyka obroniła się sama, a to było przecież najważniejsze. I jeszcze jedno – nie rozumiem fenomenu Wacken i darzenia takim kultem tej imprezy. Widziałem lepsze festiwale za wiele mniejsze pieniądze – ale może żeby to pojąć wystarczy być Niemcem uzbrojonym w campera?

Autor: Paweł Kuncewicz

Powiązane: