31-10-2017

king_dude

Kraków

Zet Pe Te

Start
20:00

55 zł

75 zł


Zet Pe Te
Dolnych Młynów 10
Kraków

Zapraszamy do przeczytania relacji z koncertu Kinga Dude'a w Krakowie.

Zabawny był to halloweenowy wieczór przy suto zakrapianych whisky dźwiękach black-stoner-country metalu na żywo. Taką oto nietuzinkową mieszankę 31 października zaserwowała w krakowskim klubie Zet Pe Te firma Left Hand Sounds i wytwórnia Ván Records na swojej showcase’owej trasie z Kingiem Dudem, The Ruins Of Beverast i Caronte. Niecodzienny zestaw, wśród publiczności wyglądającej jak kuzynostwo rodziny Adamsów, przybył tego dnia jednak nie do mroku, ale do Światła. W końcu „Lucifer's the Light of the World”, jak na koniec zaśpiewał Koleś.

Zet Pe Te to stosunkowo młody twór wstawiony w ulicę barów i restauracji, które kiedyś zajmowała fabryka tytoniu i cygar. W środku bar wystrojony surowo, po ikeowsku – biało i minimalistycznie. Sala koncertowa za to przypomina dawne uroki domów kultury. Tylko przy cenie piwa trzeba było nie upuścić portfela z wrażenia.

Na pierwszy święty ogień poszedł zespół Caronte z Włoch. Mieli na tyle dużo czasu (około godzinę), że można było wczuwać się w ich muzyczną narrację bez patrzenia na zegarek. Kwartet wykonuje muzykę doom i stoner metalową, żywo oddając ducha wszystkich Electric Wizard czy Cathedral. Czyli w ich stoner-zagładzie jest nadal brudno i szaleńczo, ale włoscy przewoźnicy dusz skupiają się bardziej na mistycyzmie i rytuałach. Jeden z trzech Bonesów, wokalista Dorian, na początku, w trakcie i na koniec, wymachiwał w powietrzu symbole dłońmi, skłaniał się w cztery strony świata i przymykał oczy, jakby przyzywał lub… dziękował jakimś tajemniczym, niewidzialnym bytom.

SG201827
Caronte, Kraków, Zet Pe Te, 31.10.2017

Frontman robił więc klimat, może i sztuczki, aczkolwiek nie miało to za zadanie niczego przykrywać, bo jego wokal… był wzorowy. Gdy otworzył usta, można było mieć wrażenie, iż właśnie odtworzyliśmy płytę w domowych warunkach. To się wysoce ceni, zwłaszcza, jeśli artysta zdziera sobie gardło przez godzinę i nadal trzyma poziom. A muzycznie Caronte robił wszystkim lepiej niż dobrze – mięsiste, smoliste gitary, z dudniącą perkusją, powolnym bujaniem się do głębokiego, black’n’rollowego wokalu Bonesa. Panowie na swym koncie mają 3 pełnograje, z czego ostatni „Yoni” wydany w tym roku, i pewnie dlatego mogliśmy usłyszeć go w większej ilości. Koncert emocjonalny, głęboki i w pocie czoła dla wykonawców, jak i fanów. Nie zawiodłam się.

Za to drugi zespół, posiadający w swym opisie „black metal”, do tego szumnie ogłaszany, że jest odtrutką na wszystkie powtarzające się twory w tym gatunku, był dla mnie intrygującą zagadką. Tam gdzie black metal, tam moja atencja. Więc ustawiłam się ponownie pod barierkami i wyczekiwałam występu The Ruins of Beverast. Na scenie zrobiło się gęsto od 3 gitar, klawiszy i perkusji. Zaczęło się. Na tyle spokojnie, że miałam czas przypomnieć sobie, że oprócz black metalu, Niemcy zaserwują nam sporą dawkę industrialnego doomu, który w tej korelacji jakoś mnie nie powalił. Zaczęli utworem „Exuvia” , noszącym ten sam tytuł co wydana niedawno płyta. Wyczekiwałam jakichś emocji podczas tego koncertu i dostałam je dopiero w „Between Bronze Walls” , gdzie perkusja wpisała mi się we wspaniały, schematyczny black metalowy trans. Tak samo podczas „God’s Ensanguined Bestiaries” , dopiero wtedy publika mogła spokojnie poczuć mrowienie w karku, aby poruszać włosami. Dla mnie ten zespół nie zachwycił, ale wiem, że rdzenni fani, nie tacy „od jednego utworu”, byli ukontentowani występem.

SG202042
The Ruins of Beverast, Kraków, Zet Pe Te, 31.10.2017

King Dude musi lubić Polskę. Na pewno, gdyż przyjechał ponownie do nas, pomimo swoich 3 występów w kwietniu i kolejnych zaplanowanych na listopad. Nie nażarł się nami, ani my nim. Dlatego tak ochoczo popędziłam do Krakowa na kolejny koncert w nadwiślańskim kraju, bo po ostatnim show we Wrocławiu biłam się w pierś, że na jego koncertach obecność jest obowiązkowa. Wiedziałam czego się spodziewać, Król zawsze jest pewniakiem rewelacyjnych występów.

Zaczęło się żywiołowo, od „Holy Christos” . Dalej mieliśmy przekrój hitów pod postacią „I Wanna Die At 69” , „Deal with the Devil” , „Silver Crucifix” , „Fear Is All You Know” , „Sex Dungeon (USA)” i „Swedish Boy” .

king_dude
King Dude, Kraków, Zet Pe Te, 31.10.2017

Na „Death Won’t Take Me” i moim ulubionym „Lucifer’s The Light Of The World” Król wyraźnie miał melancholijny nastrój, ale jak to on, pogadał coś do nas (o „drugs” z przymrużeniem oka), zaproponował cukierki z whiskey na Halloween. Wokalnie King Dude miewał się bardzo dobrze. Nie brakowało mu niczego, oprócz… czegoś, co być może zostawił w szklance obok butelki whiskey stojącej na scenie, bo sam się przyznał: wczoraj wypił za dużo, a dzisiaj za mało.

W każdym razie, mroczne country w wykonaniu Kinga Dude’a było ciekawe w takim towarzystwie, jakie nam zaserwował 31 października w Krakowie. Dobry występ Caronte czy doomowe, posępne show The Ruins of Beverast miało smakowity kontrast przy folkowej amerykańskości, pomieszanej z depresyjnym, satanistycznym bluesem. Aczkolwiek Król miał wiele lepsze koncerty w swej karierze.

Malwina Sikora