20-10-2017

mayhem

Katowice

Mega Club

Start
20:00

80 zł

90 zł


Mega Club
Żelazna 9
Katowice

Zapraszamy do przeczytania relacji z koncertu Mayhem w Katowicach!

Uczestnictwo w "czarnej mszy", gdzie na scenie króluje czyste zło z samego serca Norwegii? Jeśli jeszcze dodamy, że ów zło jest lovecraftowskim „przedwiecznym”, bo samym praojcem black metalu, to nie ma wymówki- prasujemy kaptur, nakładamy farbki i zmierzamy do katowickiego Mega Clubu, aby kłaniać się w pas Mayhem, Thunderwar, Centurion, Deus Mortem i Dragged Into Sunlight.

Przed wtargnięciem Norwegów na scenę miały wystąpić 4 zespoły. To całkiem sporo jak na jeden wieczór, zwłaszcza, że kapele były dosyć zróżnicowane pod względem muzycznym, więc tworzyła się obawa o końcowy efekt takiego miksa.

Na pierwszy ogień poszedł warszawski Thunderwar. Młody zespół z jedną płytą długogrającą i kilkoma EP-kami, ma całkiem potężnych kolegów: logo zaprojektował im Christophe Szpajdel, a okładkę płyty „Black Storm” raczył wydać Eliran Kantor. Myślałam, że te wielkie znajomości mają za zadanie nadmuchać status zespołowi, ale ich długograj mnie kupił całkowicie. Specjalnie fanką melodyjnego death metalu nie jestem, jednak posiadam szacunek do pierwszych dzieł In Flames, czy Amon Amarth. Thunderwar bardzo ładnie wchłonął ten klimat, dodając pazura czegoś mocniejszego i mieląc to po swojemu, na dzisiejsze czasy. Występu warszawiaków oczekiwałam najbardziej i oczekiwać muszę niestety dalej – z racji wieczornych godzin piątego dnia tygodnia i nie wprost proporcjonalnej ilości samochodów do możliwości naszych autostrad utknęłam w korku, w efekcie czego Thunderwar przeminął mi bezpowrotnie. 10 minut naparzanki Centuriona, mówiąc przysłowiowo, również poszło się paść z tego samego powodu.

Wpadłam więc w ścianę dźwięku śmierć metalu i trzymałam się barierki, żeby nie zmiotło mnie z powierzchni Mega Clubu. Centurion tańcował palcami po gitarach z krwiożerczą nienawiścią, tak samo traktując perkusję, gdzie blasty rozsadzały czaszki. Ale o to chodzi w death metalu, żeby zabić, zmiażdżyć i drzeć się nisko do ludzkich flaków. Nie było litości, za co bardzo dziękujemy. Był to zapewne dobry oddech po melodyjności poprzedników i i przed diabelskością następców.

Klasyczny, prosty i szczery black metal w moim "Dawn of the Black Hearts" zawsze przyjmowany jest w temperaturze 666 stopni. Dlatego nic dziwnego, że podczas występu wrocławskiego Deus Mortem poczułam się jak w domu - Dom Sathanas, oczywiście. Panowie w swoim dorobku może i mają mało, bo tylko dwie EP-ki i jednego długograja, ale za to jakiego! Jeśli jeszcze zaznaczymy, że aktualnie pracują nad następcą „Emanations of the Black Light” w zacnej wytwórni Malignant Voices (litera "M" nieprzypadkowo), to łatwiej jest uzbroić się w cierpliwość i wyczekiwać czarciego dziecia. Deus Mortem zaprezentowało nam podczas 45 minut przekrój swojej działalności, więc poleciał wyżej wspomniany 33-RMPgraj, a z niego „It Starts to Breath Inside”, jak i usłyszeć mogliśmy dzieła z EPki „Demons of Matter and the Shells of the Dead”. Jest to horda, którą warto nawiedzać się na koncertach.

Szumnie zapowiadany, obleczony aurą tajemniczości angielski zespół Dragged Into Sunlight narobił mi mega smaku. Bynajmniej nie za sprawą kominiarek, zadymionej sali, czy graniem do publiki tyłem, ani dzięki pokręconym tagom (doom? death? blackned doom death metal?), tylko przez samą muzykę. Podczas odsłuchiwania ich pierwszej płyty „Hatred For Mankind” zdobyła mnie oprawa graficzna (czarująca okładka), jak i przytłaczająca, ciężka, powolna, ale i nawalająca blastami muzyka z wokalem pełnym death metalowej smoły. Nie wiem co poszło nie tak, może dla mnie ten zespół jednak powinien zostać w mgle tajemniczości, bo ich występ nie zachwycił. Zaczęli od utworu „To Hieron” w towarzystwie nie przestającego rzygać mgłą zadymiacza; było tak gęsto, że nawet świecznik wielkości człowieka z rozpartymi ramionami, ginął w dymie, muzyka zlewała się w dziwną kakofonię, a wokal brzmiał niczym hardcore’owy tumult. Może nastawiałam się na coś prostszego, a zawiłość ich twórczości przerosła moje proste wyobrażenia o metalu. Obawiam się, że ta muzyka mogła być dla mnie przekombinowana. Nie taki bezpośredni support przed Mayhem sobie wyobrażałam.

mayhem
fot. Dragged Into Sunlight, Mega Club, Katowice.

Niuanse na bok, bo oto rozbrzmiały pierwsze dźwięki dzwonów, dym znowu wzlatywał pod sufit, aby za chwilę mogły wyłonić się postaci w ciężkich, czarnych szatach. Było klimatycznie, krwiożerczy gong wraz z delikatną grą świateł wprawiał w ciarki, bo każdy z uczestników mszy wiedział co zaraz nastąpi, jakie dźwięki zostaną zaserwowane. Teatr pod tytułem Mayhem (z przedrostkiem „The True”, żeby nie było wątpliwości) przybył do Katowic i miał nam wyłożyć swoje wiekopomne dzieło w historii black metalu „De Mysteriis Dom Sathanas”. Piszę „teatr” z premedytacją, gdyż wiele fanów (fanatyków) zarzuca zespołowi sprzedajność i śmieszność, paradując w sutannach i poczynając komiczne gesty nad świecami z czaszką w dłoni. Ciężko wydać jednoznaczną opinię na ten temat, ale nie można odmówić autentyczności czy wielkości Mayhem w ogólnym rozrachunku. Osobiście lubię wejść w taki klimat, jaki serwują wyjadacze z Norwegii. W końcu przychodzimy na koncerty też dla tej mistyczności, żeby posłuchać o Pogrzebowej Mgle czy Zamarzającym Księżycu niekoniecznie od łysiejącego kolesia z nadwagą, w okularach, ubranego w otłuszczoną koszulkę Slayera. Ale to wszystko jest moje zdanie i zboczenie wchodzenia w detale.

mayhem
fot. Mayhem, Mega Club, Katowice.

Przy pierwszej szarpaninie strun w „Funeral Fog” publika, która szczelnie zapchała tego dnia Mega Club, oszalała. Podczas „Freezing Moon” gra świateł efektownie podświetlała stworzenia na stojących na scenie obrazach, tworząc złudzenie kolejnych, zdeformowanych członków zespołu. „Cursed In Eternity” rozpoczął się od zwizualizowania płonących świeczników i Attili wymachującego nad czaszką i księgą. W końcu tajemnicze obrządki... „Pagan Fears" jak zawsze obezwładnił opętanym riffem, przy niemniej nawiedzonej perkusji Hellhammera, który produkuje te dźwięki 1:1, jak na klasycznej płycie. Strona B, to oczywiście „Life Eternal", popisowy numer Attili z przekrojem możliwości jego chorych zaśpiewów. „Buried by Time and Dust” AD 2017 można odbierać, jako hołd dla Euronymousa, którego na pewno nie pochował ani czas, ani kurz. Przed północą koncert zgasł, jak świece na podium wraz z utworem tytułowym. „De Mysteriis Dom Sathanas” - najważniejsza płyta w dziejach BM, odegranie jej na żywo w Katowicach odeszło bez zbędnych czułości, zapłonęły światła, mgła opadła.

mayhem
fot. Mayhem, Mega Club, Katowice.


Podsumowując: sam występ Mayhem muzycznie dobry, poprawny. Byłam na ich o wiele gorszym, ale też byłam i na wiele lepszym. Niby można siedzieć w piątek w domu i puścić sobie na dobrym sprzęcie winyla „De Mysteriis Dom Sathanas”, tylko po co, skoro aktualny skład Mayhem wciąż na żywo 'kopie'.

Przekrój muzyczny supportów był na tyle różnorodny, że każdy na pewno znalazł coś dla siebie. Ja nadal będę wyczekiwać zobaczenia na żywo Thunderwar, a na Deus Mortem wybiorę się ponownie bezzwłocznie.

Malwina Sikora

PS.
Dwa słowa od naczelnego: Panie Bożu, czy Mejhemu wolno do nieba? Niestety i z ubolewaniem wolno, bo prezentacja na żywo kultowego materiału nie ma nic wspólnego z ekstremą, niebezpieczeństwem i szaleństwem połowy lat '90. Niemniej, odgrzewanie tego kotleta, które wcześniej przerobiłem już w Warszawie, na Wacken i Brutal Assault, mimo tych wszystkich jasełek, jest zjawiskiem pożądanym (tłumy na koncertach) i dobrze oddanym. Więc czemu nie? Mayhem jak najbardziej nadal na propsie, o ile następną trasę zrobią z Maniaciem.

PS 2.
Ten show ukradł Necrobutcher, który stał się maskotką na miarę Abbatha.

Paweł Kuncewicz