17-03-2017

Triptykon

Wrocław

A2 - Centrum Koncertowe

Start
18:00

90/100zł


A2 - Centrum Koncertowe
Góralska 5
Wrocław

Zapraszamy do przeczytania relacji z polskiej trasy Triptykon !!!

„My niżej podpisani, po sprawdzeniu 538 osób męskich, w ciągu 14 godzin, po przejechaniu 728 km zgodnie ze stanem licznika”… Gdyby ktoś mi powiedział parę lat temu, że Triptykon wraz z supportami wparuje do Polski na mini-trasę koncertową, na której Tom G. Warrior będzie chciał wytwarzać niemal rodzinną atmosferę, a ja wraz z fotografem Henrykiem oraz naszą dzielną kierowniczką (kierownicą?) Malwiną ruszę za nim w pogoń i wspólnie zaliczymy trzy z czterech gigów – w sumie uwierzyłbym. Projekt od samego początku trzyma jeden z najwyższych poziomów w metalowym światku. Czy to płyty, czy ich sety, które oglądałem wcześniej (2 x Brutal Assault, Hellfest, Wacken, klubowy Kraków) – za każdym razem były to sztosy orgazmowo definitywne, jak na obrazach Gigera. Ale tym razem muzyka, to nie było wszystko. Zapraszam do lektury.

Ta historia zaczyna się w błocie, gdzieś na północy Niemiec, między Bałtykiem, a Morzem Północnym, blisko duńskiej granicy. Jest sierpniowy weekend, popołudnie. Przed nami jedna z największych scen w Europie, a pod nią kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Krzyże płoną, lecą pierwsze takty „Procreation (Of The Wicked)”, a Henryk Michaluk walczy w fosie z aparatem. Jego zdjęcia niebawem zostają opublikowane tak samo, jak i video z tego widowiska Triptykon wystawionego na festiwalu Wacken 2016. Materiały trafiają także bezpośrednio na biurko Toma G. Warriora, który osobiście zaprasza Heńka do sfotografowania całej polskiej trasy. Nosicielowi czapki „pod którą narodził się black metal” się nie odmawia, więc ruszamy w tournée.


Przystanek pierwszy: Kraków, klub Kwadrat. Tylko na tym etapie trasy ucztę rozpoczął Blaze Of Perdition. Była więc siarkowa i smolista jazda. Pod konsoletą przez chwilę przewinęli się pozostali członkowie Triptykon wraz z piękną Vanją, która jako jedyna nie wychodziła do fanów. Swoją drogą, wcale mnie to nie dziwi. Mord’A’Stigmata zaprezentowała się z promocją nowego albumu „Hope”. Co trzeba przyznać - „Hope” jest wydawnictwem wyjątkowym. Gdyby Riverside postanowili nagrać współcześnie wyprodukowany black metalowy album – to brzmiałby on właśnie tak. Jednych ta forma oczarowała, innych znudziła, co nie zmienia faktu, że Mord’A’Stigmata na krajowej drabinie metalu weszła nowym wydawnictwem kilka kroków w górę. Protegowani Toma, czyli Niemcy z Secrets Of The Moon – przyznam szczerze, że wcześniej ich nie słuchałem, a że muzyki na świecie jest dość sporo – czasami nie zaszkodzi zrobić sobie niespodzianki. A w tym przypadku było czym się zaskoczyć. SOTM trzymają się najlepszych tradycji Celtic Frost, przy czym okraszają ją melancholijnym, kosmicznym nastrojem. Oj, musieli się ich chłopcy z Tribulation nasłuchać w życiu. Dodam jeszcze, że ostatni i promowany teraz krążek „Sun” jest jednym słowem – doskonały. Ja znam tylko ten jeden, ale pan Maria Konopnicka wraz ze swoją obstawą w Warszawie stwierdził, że wcześniejsze „są lepsze”. Cóż, pozostaje tylko słuchać, bo niby co innego.

triptykon
fot. Triptykon, Wrocław, Marcin Goleń.

Triptykon set swój ma ograny, przemyślany, tu nie ma wątpliwości – obcujemy z legendą, muzycznym spadkobiercą klimatu Gigera, twórcą Hellhammer i potęgi Celtic Frost. Czy można sięgnąć w metalu większego absolutu? Nie wydaje mi się. Klasyk „Dethroned Emperor” zestawiony z debiutem Triptykon reprezentowanym przez otwierający go utwór „Goetia” brzmi, jak regularne przejście z tematu jednej płyty do kolejnej tego samego zespołu. To samo „Circle Of The Tyrants” w towarzystwie numerów z „Melana Chasmata” (o ile co do „Eparistera Daimones” jeszcze znaleźli się mający wątpliwości w sprawie nowego wcielenia Toma, to nie znam nikogo, kto nie lubiłby tego albumu). Jedyną niespodzianką w zestawie był „Ain Elohim” z „Monotheist” tutaj w wersji niemal thrashowej! Występy dogorywali bardzo długo za sprawą „The Prolonging”. Reszta oprawy? - Celtic Frost spotyka Electric Wizard. Wszystko grane jest bardzo nisko, potężnie, z wielką mocą. Oprawa w postaci świateł i kilku krzyży na scenie dosyć skromna, ale też nie o fajerwerki tutaj chodzi.

triptykon
fot. Triptykon, Wrocław, Marcin Goleń.

Po trasie padło ciekawe pytanie – czy oglądanie trzech identycznych koncertów pod rząd nie było nudne? A niby gdzie były te trzy identyczne koncerty? Prawdziwy metal to żywioł, a nie reżyserowana sztuka produkowana, jak film kinowy. Wszystkie trzy różniły się pod względem miejsc, ich akustyki, nagłośnienia, ludzi. Najlepsza publika była w Krakowie, za to nagłośnienie i klub najsłabsze. Wrocław wygrał pod względem selektywności brzmienia. Nowa hala „Centrum koncertowe A2” pokazała, co potrafi – z tyłu przy barze czułem się, jakbym słuchał płyty w domu. Przyklaskuję udanej inwestycji w postaci tego miejsca, wreszcie mamy w mieście perfekcyjne warunki do oglądania większych imprez.

Frekwencyjnie było przyzwoicie, ale bez szaleństw. Ekstremalna muza rzadko sprzyja „sold outom”, a tu dodatkowo metalowi bracia rozproszyli się po czterech wizytach zespołów w różnych częściach kraju. Muszę wspomnieć o merchu – Triptykon przywiózł zestaw koszulek w bardzo przyjaznych cenach, co sprzyjało im w znajdowaniu nowych właścicieli do tego stopnia, że w Warszawie zaczęły już występować braki. Tam też nie doczekałem kupna ostatniego CD Secrets Of The Moon. Najlepiej wyposażony kramik tradycyjnie miał Mintaj, gdzie obkupić się można było bez liku we wszystkie Furie, BOP-ki i Mordki.

triptykon_wawa
fot. Triptykon, Warszawa, Rafał Klęk.

Przystanek trzeci: warszawska Progresja. I znowu sami znajomi, albo raczej same znajome twarze. Tu przemyka Inferno, za nim ½ BFF, Nergal nie może odgonić się od napadających go natrętów, a wszystkim sprawnie zarządza Prezes Laskowski. Rodzinna atmosfera, jak wspomniałem na początku. Tak, to jest prawda – po koncercie Warrior zawsze wychodzi na scenę pakować sprzęt, albo przynajmniej na chwilę tego procesu przypilnować, gdyż za moment zawsze jest wywoływany przez ostatki fanatyków pod barierki, gdzie płyty podpisuje i daje się fotografować do ostatniego klienta. Zero jakiejkolwiek spiny, zero gwiazdorstwa. Serio powiadacie, że za spotkanie z Metalliką są barany płacące po 10 kafli?

Najlepszy koncert był we Wrocławiu, ale dopiero w stołecznej Progresji można było poczuć pierdolnięcie dźwięku. Co prawda, niezbyt udane w przypadku Mord’A’Stigmata (było za głośno) i Blaze Of Perdition (było nie do wytrzymania głośno, tym bardziej szkoda, bo to był jedyny koncert w oryginalnym składzie), ale należycie wszystkie gwizdki poszły w górę na Triptykon i tu akurat mieliśmy piękny strzał końcowy, idealny na zwieńczenia naszej trasy za Tomem, Vanją i Hansem Rudolfem.

triptykon_wawa
fot. Triptykon, Warszawa, Rafał Klęk.

Na koniec anegdota. Po wyjściu z A2 podeszło do nas dwóch srogo zawianych Czechów z prośbą o zamówienie taksówki. Jako, że komunikacja po czesku skumulowana z czeskim piwem wychodzi mi dość dobrze – zacząłem robić reserch skąd się tu wzięli i w ogóle. Czech nie owijał – w latach 70. jego rodzina uciekła przed komuną do Szwajcarii. Tam poznał Toma. Byli razem na koncercie Led Zeppelin w 1980 roku. Nie miałem więcej pytań.

Paweł Kuncewicz