24-02-2018

ARRM - 24.02.2018 - Progresja, Warszawa

Warszawa

Klub Progresja Music Zone


Klub Progresja Music Zone
Fort Wola 22
Warszawa

AMENRA, BORIS, ARRM – Warszawa, Progresja – 24-02-2018 - RELACJA!

Zapraszamy do przeczytania relacji i obejrzenia zdjęć z koncertu AMENRA, BORIS, ARRM, który obył się w warszawskim klubie Progresja 24 lutego. Zdjęcia i relacja: Borys Szadkowski:

Mroźne spojrzenie warszawskiego Pałacu Kultury na powitanie wybudziło mnie z letargu podróży w objęciach PKP. Skulony, czym prędzej więc wyruszyłem w stronę przyjaznej PROGRESJI. Kolejka przed drzwiami była już spora, czas ich otwarcia niemiłosiernie wydłużał się wraz z każdą narastającą minutą opóźnienia. Wszyscy w pełnym napięciu wyczekiwali ciepłego i przestronnego wnętrza klubu. Jak tylko znalazłem się już w środku natychmiast się rozgościłem. Przyznam się, że przed dzisiejszym wydarzeniem, miałem pojęcie jedynie o repertuarze mojego dzisiejszego faworyta Borisa, tylko pobieżnie sprawdziłem dorobek Amenry i ARRM. Stwierdziłem jednak, że bez wstępnych oczekiwań będę w stanie lepiej ocenić ich koncert. Wiedziałem też, że japońskie trio mnie nie zawiedzie - słuchałem już wielokrotnie ich bogatej stylistycznie dyskografii, i to wystarczało mi jako motywator wyjazdu.

W trakcie obowiązkowego przeglądu merchu , w holu przed salą koncertową, usłyszałem pierwsze zachęcające dźwięki z kierunku Sali, i pospiesznie wyruszyłem pod scenę.

Polskie ARRM wyjątkowo pozytywnie mnie zaskoczyło całym swoim występem. Pomimo tego, że kompletnie nie znałem ich twórczości , szybko zorientowałem się z jaką muzyką mam do czynienia. Niepozornie wyglądający panowie ubrani w czerń zaczęli, budować swoją misterną aranżację. Powolne uderzenia perkusji okraszone senną gitarą i okazjonalnymi akcentami klawiszy, idealnie wstrzeliły się w moje gusta. Atmosfera błogości miarowo budowana przez powtarzalny, ale ewoluujący motyw przewodni , wypełniała całą salę. Sporadycznie pojawiające się elektroniczne akcenty , przewijały się miękko i mąciły w całkiem smakowitej muzycznej zupie. Dalej dołączył również tamburyn, unikatowo wzbogacając całą kompozycję. Wraz z upływem czasu, dźwięki stawały się coraz gęstsze przechodząc w stan pewnego zaalarmowania. Wszystko zgodnie przyspieszało aż do satysfakcjonującego zakończenia. Pomimo z pozoru rozciągniętych utworów, całość minęła mi bardzo szybko i przyjemnie. Trochę zmartwiła mnie stosunkowo niska frekwencja na pierwszym występie, moim zdaniem zasłużyli na większą widownię. Nigdy też nie rozumiałem podejścia uczęszczających na koncerty osób do suportów - permanentnego braku zainteresowania. Często przecież , jest to okazja do poznania bardzo ciekawych, niszowych zespołów, ARRM jest na pewno jednym z nich.

Po krótkim oczekiwaniu, nadszedł czas na moją gwiazdę wieczoru – Boris. Gdy po raz pierwszy zetknąłem się z ich muzyką, nie zdawałem sobie sprawy z ich upodobania do przebierania w wielu stylach i gatunkach. Uświadomiłem to sobie po odsłuchaniu dwóch pierwszych płyt - "Attention Please" i "Feedbacker". Mamy więc nagromadzenie smaków od drone przez pop do rocka i metalu, dzięki czemu nie da się im nakleić jednoznacznej etykiety, a biorąc pod uwagę ich wysoki poziom wykonawczy i liczne kolaboracje, otrzymujemy niesamowicie unikalny i intrygujący zespół o japońskim rodowodzie. Nigdy wcześniej nie miałem okazji zobaczyć ich na scenie, ale słyszałem same dobre rzeczy. Zanim jeszcze się na niej pojawili, w centralnym punkcie sceny za perkusją zauważyłem spory gong, który jak się później okazało, był bardzo ważnym elementem występu . Muzycy zostali przywitani gromkimi oklaskami. Kiedy dosiadali swoich instrumentów miałem czas dokładnie im się przyjrzeć. Ich ubiór sceniczny zmienia się chyba wraz z planowaną setlistą (teoria którą muszę potwierdzić), dobierają więc całą aranżację do konkretnego występu. Tym razem ubrani byli w symplistyczne czarne szaty. Wata w schludnej bluzko-sukience i kozakach, Takeshi w bufiastej koszuli i spodniach. Jedynie perkusista Atsuo zdecydował się na coś bardziej ekstrawaganckiego – dłuższa bluza z kilkoma otworami eksponującymi tors oraz na delikatny makijaż. Światła na ich występie w połączeniu w dość mądrym zarządzaniem dozownikiem dymu okazały się świetnym materiałem na zdjęcia. Muzycy Boris są na scenie dość stateczni. Wyjątkiem jest bardzo ekspresyjny perkusista, który skupiał na sobie uwagę, unosząc wysoko w powietrze ręce uzbrojone w pałeczki w egzaltowanej pozie. Japończycy zaczęli koncert zdecydowanie mocniej niż ich poprzednicy. Silne i ciężkie gitary, intensywna perkusja, po czym szybko zwolnili dodając rzewny wokal i rozciągnięte akordy. Dodatkowe pogłosy i glitche ze strony Waty rozbudowywały gęstą atmosferę spowitą w dymie. Dopiero w „Beyond” usłyszeliśmy jej delikatny głos, dobrze kontrastujący z brzmieniem Takeshiego, później też to ona była odpowiedzialna za przemiłe urozmaicenie dźwiękami akordeonu, który zadziwiająco dobrze wpasował się w klimat. Cały występ obfitował w improwizacje i drobne zmiany w brzmieniu, podkreślane dźwiękiem potężnego gonga, który często donośnie rozbrzmiewał w kluczowych momentach. Zagrali prawie cały album „Dear”, może niekoniecznie ich najwybitniejsze dzieło, które na żywo prezentowało się w bardzo pozytywnym świetle, zwłaszcza z tyloma dodanymi niuansami. Jest to zdecydowanie jedyny w swoim rodzaju zespół, ze świetną dynamiką i prezentujący szeroką gamę stylistyczną, która w żaden sposób nie narusza ich jakości czy zaangażowania w konkretne brzmienie. Świetny i angażujący występ, niestety z powodu opóźnienia początku imprezy nie zmieścili się z bisem. Musieli ustąpić miejsca Amenrze.

Po krótkiej wymianie zdań ze znajomymi na koncercie, na scenę wkroczyła gwiazda tego wydarzenia, Amenra z Belgii. Tak, jak początkowe dźwięki brzmiały dość zachęcająco, to zabójcza powaga w dość groteskowej aranżacji scenicznej, w połączeniu z ciężkim do zdefiniowania krzykiem, trochę mnie odrzuciła. Naszło mnie dość silne odczucie zniechęcenia, towarzyszące większości moich kontaktów z doom metalem. Może to moje własne upośledzenie, które narzuca mi pewne uproszczenia podczas styczności z tego typu muzyką, ale wszystko brzmiało wyjątkowo typowo i powtarzalnie. Duże build-upy z cichym wokalem, z oczywistym, równie długim pay-offem w postaci ciężkich rytmicznych gitar, okraszonych krzykiem i ewentualnym growlem, a wszystko idealnie skomponowane by zapewnić komfortowe machanie głową rzeszy fanów. Do tego aranżacja na scenie, biała mgła, a w tle wyświetlane mroczne lasy, wybuchy wulkanów i płomienie. Moja percepcja automatycznie szufladkuje takie doznania i interpretuje jako tanie i przewidywalne. Winię w tym samego siebie, ale nigdy też nie czułem potrzeby walki z tym upośledzeniem/skrzywieniem. Dlatego też rozumiem i nie potępiam tych którzy lubują się w takich występach i czerpią z tego dużo radości.

Mając w perspektywie nocną tułaczkę po Warszawie w temperaturze -18 stopni w poszukiwaniu transportu do hostelu, pozostałem w zgodzie z własnym smakiem muzycznym i zdecydowałem się wyjść w połowie występu Amenry. Starając się być obiektywnym , jestem w stanie polecić ten zespół każdemu fanowi cięższego brzmienia, zwłaszcza po przeczytaniu kilku wpisów na ich temat oraz widocznej euforii widowni na koncercie. Jeśli jednak ktoś , tak jak ja, nie znajduje uciechy w kolejnej drobnej iteracji metalowego brzmienia, to nie znajdzie w ich występie nic szczególnie nowego i przekonującego, przynajmniej podczas jednorazowego uczestnictwa w koncercie.

Zdjęcia i relacja: Borys Szadkowski