KONCERTYPOLECANERELACJEWYDARZENIA

[RELACJA] Ekkstacy wystąpił w Warszawie

Z racji tego, że sezon chorobowy przeplata się z tym koncertowym, spieszymy do Was z nieco spóźnioną relacją z występu Ekkstacy’ego w warszawskich Hybrydach. Jako support wystąpiła grupa Worry Club, która rozgrzała zgromadzoną dość tłumnie publiczność w klubie.

Szczerze dość trudno ubrać mi w słowa to, co wydarzyło się tego poniedziałkowego wieczora. I to niestety nie ze względu na to, jak było super. Artystę miałam okazję widzieć już kilka lat temu w nieistniejącym już Pogłosie, gdzie bawiła się dosłownie garstka ludzi i tamten koncert wspominam zdecydowanie lepiej. Ekscytacja, jaka mi wtedy towarzyszyła, utrzymywała się przynajmniej przez kolejne dni, a teraz… o tym, że to miało miejsce przypomina mi wyłącznie odhaczone wydarzenie na last.fm* i kilka filmików, które nagrałam (last.fm to taka strona ze statystykami, którą można podpiąć do Spotify czy innej muzycznej aplikacji*).

Zacząć wypada chyba od tego, że sam występ miał przynajmniej półgodzinną obsuwę. Z racji tego, że czułam się dość słabo przez rozkładającą mnie infekcję stwierdziłam, że tym razem odpuszczę support i zjawię się wyłącznie na headlinera. Przyszłam na miejsce chwilę przed godziną wskazaną przed timetable, a moim oczom ukazało się.. będące bodajże w połowie seta Worry Club. Nie chcę marudzić, bo wiem, że po drodze zdarzają się różne sytuacje, ale hola, organizatorze, można było dać chyba znać. Chcąc nie chcąc potupałam nóżką do całkiem przyjemnych jak się okazało dźwięków, jakie zaprezentowali nam Amerykanie. Nie kupiło mnie to co prawda na tyle, żeby sprawdzać ich dyskografię, ale nie było czymś, co wyjątkowo pokaleczyło moje uszy.

Od samego seta Ekkstacy’ego spodziewałam się za to dużo więcej. Wiedziałam, jaką ma energię, jak świetną charyzmę i jaki kontakt z publicznością… i się zawiodłam. Żeby nie było, nie zagrał źle! W moim mniemaniu było po prostu poprawnie.  Usłyszałam swoje ulubione piosenki – shoulders i i want to sleep for a 1000 years. Ale wiecie, co? Zabrakło mi największego hitu, dzięki któremu większość poznała jego twórczość – i walk this earth all by myself. Rozumiem, że artysta chciał zaprezentować swój nowy materiał, że są jakieś ograniczenia w setliście i inne zdarzenia losowe, ale ten kawałek jest wręcz idealną propozycją na zamknięcie całości – energiczny, pozwalający na upust skrywanych gdzieś głęboko emocji.  Obserwując ludzi w klubie wydawało się, że bawią się naprawdę dobrze, a to już o czymś świadczy!

 

Koncerty są dla mnie momentem oczyszczenia, kompletnego resetu – i tym razem mi tegozabrakło. Nie mogłam absolutnie wczuć się w to, co działo się na scenie. A muzyka jakby wpadła jednym uchem, a drugim wypadła. Jasne, może to być wina tego, że nie czułam się najlepiej, ale nawet w takich momentach nigdy nie miałam problemu, żeby się wczuć. Może też Ekkstacy miał gorszy dzień, w końcu możemy się domyślać, jak życie w trasie daje popalić. Nie chcę oceniać. Jedyne co mogę to poprosić, żeby wpadł niedługo i odczarował ten wieczór!